...wspomóż akcję Apostolatu Ratunku Konającym rozdawania Mini-Modlitewnika chorym, cierpiącym, konającym; oto nr konta: 48 1050 1445 1000 0090 3053 0498, tytułem: dar na Mini-Modlitewnik ARKi...

Grupy

aby wyświetlić Grupy klknij na napis na drzwiach jednej z cel

 

 Święci

 

 Błogosławieni

 

 Gr. cierpienia

Wszystkie grupy

   

Świadectwa

Jeśli chcesz, napisz kilka słów o swoim doświadczeniu modlitwy, Dnia Pokutnego, o doznanej łasce...

pisz na adres mailowy: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

***

Jak przejść przez śmierć bez lęku?

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Szczęść Boże!
Ks. Piotrze!

pragnę podziękować Ci za tak cenne wskazówki, dotyczące rozmawiania z osobami bojącymi się śmierci. Dziesięć lat młodsza ode mnie, pacjentka Basia, chora na raka płuc, z wielkiego lęku oczekiwania na śmierć, według jej odczucia - ostatnie dni życia chce na siłę przespać. Przespać własną śmierć zapragnęła. Z rozpaczliwego lęku przed faktem umierania. Ciągle chce być na środkach nasennych. Ale rano w sobotę udało mi się porozmawiać z nią przed kolejną porcją leku. "Jak iść ze spokojem za Panem Jezusem, gdy odeszło się na trzydzieści kilka lat od Boga?" - mówi do mnie w rozterce. W średniej szkole była zdolną uczennicą. Codziennie przed lekcjami zachodziła pomodlić się w kaplicy Matki Bożej ulubionego kościoła. I stało się, nie dostała się na wymarzone studia. To była przyczyna pogniewania się na Pana Boga na resztę życia. Ty ks. Piotrze rozumiesz, jakim "panaceum" stała się tu Twoja homilia z 1 listopada. Homilia, która była "hymnem dla duszy" Emilii, tydzień temu. Ciepłe, pełne ufności treści słów Pana Jezusa, w Twoim sercu ks. Piotrze, treści miłości na całą wieczność i ciepła ufnego oczekiwania. "Idźmy tam z miłością, tęsknotą, spokojem" - może mówić kapłan, do granic możliwości zjednoczony z Chrystusem. Te treści, to jakże cudowny środek, by w tej sytuacji sennego zadżumienia, pojawiła się nutka refleksji w sercu i duszy tak zalęknionej. Rozstając się z chorą - obiecałam, że w drodze na Mszę Św., zmówię dla niej Koronkę. Przy niej zgłosiłam jej imię do NK. Nigdy nie odmawiała nic na różańcu, tłumaczyła się wrażeniem monotonności modlitwy. Ale już jest po Spowiedzi Świętej u naszego kapelana. A żyjący jeszcze rodzice, codziennie teraz chodzą na Mszę Świętą.
 
Dziś po pracy odwiedziłam ją ponownie. Dwugodzinną  rozmowę, o godz. 18.30 zakończyłam zachętą i odmawianiem wspólnym Koronki - z intencją o Twoje ks. Piotrze zdrowie i moc dalszego Apostołowania w tym świętym Sanktuarium. Chora miała szansę po raz pierwszy słyszeć Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Śledziła przekładanie koralików różańca przeze mnie, włączała myślami. A na zakończenie, razem ze mną uczyniła znak Krzyża. To było pierwsze jej współuczestniczenie w tej pięknej modlitwie - uzdrawiającej lęki i prowadzącej do Chrystusa. I pokazującej dla duszy drogę bez lęku, do wiecznej miłości. Wyszłam z nadzieją, że śmierć nie zagląda jej jeszcze w oczy, a Pan daje CZAS dla jej duszy.
 
Z wdzięcznością i modlitwą Sabina.
14 listopad 2016

 

P.S. Wysyłając tego maila 14.11.2016 r. o godz. 23.40 do ks. Piotra - nie wiedziałam, że za równo dobę o godz. 23.40 ks. Piotr Mikołaj Marks - nasz Ojciec Duchowy, przejdzie do PANA. Tu żadnego komentarza nie potrzeba. A w moim sercu na zawsze pozostaną Jego święte rady: masz być czysta jak łza...; masz wszystko robić perfekcyjnie... A Duch Święty pomoże! Niech ten mail ostatni będzie Ci hołdem Nasz Ojcze, za Twoje perfekcyjne wypełnienie Misji Chrystusowej Miłości i Miłosierdzia i napisanie dla nasz kolejnego rozdziału Ewangelii Chrystusa. Ufam, że na Promieniu Miłosierdzia z tronu Chrystusa w Niebie - będziesz prowadził nas bez bólu, w zasłużonej szczęśliwości. Trwaj w PANU!!!
 

***

Modlitwa do Jezusa konającego w Getsemani

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Szczęść Boże!
Ks. Piotrze!
Cieszyłam się wczoraj rano, gdy przyniosłam do hospicjum, czującej się w tej chwili nieco lepiej, chorej Albinie i jej mężowi obiecaną płytkę dvd ze 109 homiliami Twoimi ks. Piotrze. Tyle ich mam w tej chwili. Tyle Ewangelii na żywo - z najgłębszą interpretacją, bo tu w natchnieniu Ducha Świętego Sam Pan Jezus mówi i Sam przemawia w Twoim Sercu... z Ogrodu Oliwnego i z Krzyża Zbawienia. Tyle w tych homiliach Bożych refleksji i pouczeń w drodze do sensu życia wiecznego.Mam nadzieję, że nawet jeśli Albina odejdzie do Pana w ciągu kilku dni, to mąż jej i dzieci nastoletnie będą słuchali tych przepięknych Bożych treści, jako uświęcenie pamięci ostatnich dni życia ich matki i żony, z pamięcią smaku duchowego tamtej homilii z telefonu ze Święta Wszystkich Świętych. Gdy ktoś sam prosi o Boże treści - to znaczy, że chwycił tego cudownego "bakcyla głębi Bożej Miłości".
 
Wychodziłam zadowolona, ale i zmartwiona jednocześnie, bo w innej sali pacjentka Lucyna jest zamknięta na Boga. W dodatku dowiedziałam się, że swoje ciało jakąś umową przeznaczyła dla medycyny. Niby studenci muszą się na czymś uczyć, ale czy koniecznie  na ludzkiej tkance? A co z duszą? Na tej sali co Lucyna leżał  również od kilku tygodni, bardzo dobrotliwy Stanisław - dziadzio Ewuni, uczęszczającej do przedszkola, w którym pracuję. Za każdy gest pomocy, ciepłymi słowami dziękował. A najbardziej wzruszał się, gdy kończąc każdy dyżur, czyniłam znak błogosławieństwa na jego czole. Wymiana kilku sytuacyjnych Bożych zdań w takiej sytuacji, powinna być świadectwem Bożej radości dla jego sąsiadki. Tym bardziej, że wychodząc z sali mówiłam ciepło:  Pani również niech Bóg błogosławi, Pani Lucynko. Przykro, że rozmawia o swoim fizycznym samopoczuciu, a na Boże treści milczy jak grób. Kapelan też jest tym faktem zmartwiony.
 
Gdy dochodziłam z płytką do hospicjum, w tym czasie zmarł nieprzytomny od kilku dni Stanisław. W kilka ostatnich dni zraszałam mu tylko usta. Nie było przy nim rodziny, jak przy odejściu w sobotę Emilii. Powiadomiona rodzina nie pojawiała się. A ja Bogu dziękowałam, że akurat w tym czasie przyszłam z płytką. I te cenne półtorej godziny mogłam modlić się przy zmarłym dziadziu Ewuni, przy zapalonej świecy. Dla niego zmówiłam Koronkę do Bożego Miłosierdzia i Wieczny Odpoczynek. O jego duszę miałam wewnętrzny spokój. Ale będąc przy nich obojgu, modliłam się dla Lucyny, mającej własne dzieci w innym kraju, z "Pieczęci Miłosierdziam. in. "Modlitwą do Jezusa konającego w Getsemani" - współczując Panu Jezusowi, pochylonemu nad duchową pustką chorej. Modlitwą przepraszałam Pana Jezusa za te i inne tu  zranienia.
Gdy po dwu godzinach dotarli równocześnie, z pracownikami zakładu pogrzebowego dwaj synowie Stanisława, dziękowałam Panu, że znów dał mi CZAS w odpowiednim momencie - zmarły Stanisław nie był sam, a ja miałam czas, z tak pięknego modlitewnika modlić się prawie półtorej godziny dla Lucyny, i kolejny raz w drodze powrotnej ufnie odmówić dla niej Koronkę. Była również zgłaszana do NK. Bo wszechmoc Pana Jezusa wszystko może.
 

 

Z podziękowaniem Tobie ks. Piotrze za ducha troski o konających - wdzięczna Sabina.
9 listopad 2016

***

Duchowa Brama Miłosierdzia w dziełach ARKi i Twojej ks. Piotrze Apostolskiej posłudze...

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Szczęść Boże!
Ks. Piotrze!

pragnę podzielić się z Tobą moją dzisiejszą duchową radością. Zrozumieniem dla innych, że warto za życia solidnie trwać w Panu. A wtedy Pan Jezus i Jego Matka w godzinie śmierci są z konającym... Jakże ważne są czytelne znaki pomocy Pana Jezusa w Twojej ks. Piotrze 'głębi zanurzenia w Kapłaństwo Chrystusa'. Poranne słuchanie Głosu Pana Jezusa w Twoich ks. Piotrze homiliach - to czytelny duchowy drogowskaz do nadania Bożego sensu na cały dzień. Gdy dziś rano słuchałam kolejny raz, Twojej ks. Piotrze homilii z 1-go listopada, a więc z  Święto Wszystkich Świętych - Duch Święty podpowiedział mi fenomenalną myśl: przecież ta treść homilii ze Święta Wszystkich Świętych to duchowa Brama Miłosierdzia Bożegodla duszy umierającego. A nowy mój telefon ma takie techniczne możliwości przekazu. Z radością rano udałam się do hospicjum.
 
Czekało wielu chorych, a zwłaszcza Emilia z mojej parafii. Emilia, która od wczoraj Bożym planem została przewieziona do hospicjum, gdyż choroba nowotworowa szybko postępowała i odzierała bardzo z sił fizycznych. Podczas 'celebracji' karmienia i podania leków - mam takie uczucie, podając powoli i rozważnie każdą kolejną łyżkę posiłku, osobie z wielkimi gastrycznymi problemami, obiecałam chorej nagrodę od Pana Jezusa. Zapytałam męża podsypiającej drugiej pacjentki, czy mogę włączyć homilię bardzo ważnego kapłana ze Święta Wszystkich Świętych, czy nie będzie im to przeszkodą. Troskliwy o swoją, również niemal konającą żonę, wyraził aprobatę. Ks. Piotrze - Ty głęboko rozumiesz sens i misję każdego Słowa Pana Jezusa w Treści każdej Twojej homilii. Trzymałam telefon blisko ucha słabiej słyszącej Emilii, a moja dusza w uniesieniu wzdychała: Mój Boże - te treści, w tym tu miejscu i okolicznościach, to dla Emilii, jej sąsiadki i każdego konającego 'duchowy paszport do Nieba'... Poświadczyła sens tych treści chora, znając wcześniej moją posługę wolontariusza i moje opowieści o Tobie ks. Piotrze i dziełach ARKi.
 
Jutro rano miałam włączyć kolejną homilię. Zaczęła drzemać przed południem, więc wiedząc, że przyjdą jej kochające dorosłe dzieci - syn i córka, pojechałam busem do miejscowości odległej o 30 km zapalić światła na grobach mojej rodziny. Pobyt mój na cmentarzu nie trwał długo z powodu zimna. Gdy wracałam kolejnym busem, zadzwonił do mnie syn chorej, że wygląda na to, że mamusia będzie umierać. Natychmiast przesłałam kolejny raz ufnie imię konającej do Nieustannej Koronki. Wręcz na skrzydłach znalazłam się znów przy jej łóżku, z aurą dania umierającej i jej rodzinie poczucia duchowego bezpieczeństwa. Była godz. 15, gdy z synem i córką, proszącymi umierającą mamusię, jakże wzruszająco o przebaczenie zranień z przeszłości i przebaczających, oraz siostrą konającej - odmawialiśmy Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Świadomie umierająca, choć niewyraźnie, próbowała się z nami modlić, trzymając w dłoni podany różaniec, już bez szansy na przekładanie jego koralików.
 
Z namaszczeniem wzięłam do rąk modlitewnik "Pieczęć Miłosierdzia". Przy łóżku konającej, ze str. 95, poprowadziłam, najufniej jak potrafiłam "Koronkę do Serca Jezusowego za osobę konającą". Modlitwa ta, to klucz Chrystusowego Serca do Nieba - szepnęła moja dusza. Podczas Jej odmawiania, konająca wyszeptała: Jezu! Jezu! Jezu ufam Tobie! Wypowiadane przeze mnie ostatnie słowo modlitwy: Amen - o godz. 15.40, było ostatnim tchnieniem konającej. A upragnione i zaplanowane za życia przez zmarłą - światło z zapalonej świecy, było hołdem Światłu Chrystusa.
 
 I kolejny raz czytelna radość, że życie tu na ziemi z Chrystusem - daje szansę Życia z Nim w wieczności. Pomoc Jego Matki, jakże znów dziś czytelna - bo dziś Pierwsza Sobota Miesiąca, a życie Emilii i jej dzieci, to codzienna droga modlitwy i dowód, że Pan z otwartym, kochającym Sercem jest na wyciągnięcie duchowej dłoni, również w sytuacjach po ludzku beznadziejnych.
Mąż drugiej chorej, przy moim pożegnaniu, bardzo dziękował za tą wzruszająco piękną homilię z telefonu. Rozstaliśmy się z radością i radosnym przytakiwaniem wzrokiem jego cierpiącej żony, gdyż obiecałam im przyniesienie na płytce dvd wszystkich homilii Twoich ks. Piotrze. 
 
I radość z niczym nie porównywalna rozpiera moje serce, że Twoja ks. Piotrze - tak wymowna troska o każdą duszę, ma niewymierny sens!!! Pan Bóg jest Panem naszego CZASU... Ogołoceni z doczesności materialnej - niesiemy w minucie śmierci, w swojej duszy - jedynie  to, co będzie zapisane miłością odczytaną przez Pana, w kodzie Duchowej Bramy Bożego Miłosierdzia. To smak Twoich homilii ks. Piotrze, opieczętowanych Twoim Zjednoczeniem z Chrystusem i duchowych fal ARKi  - w przełożeniu na wymiar posługi konającym.
Z modlitwą wdzięczna S.
6 listopad 2016

***

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Szczęść Boże!
Ks. Piotrze!
Przesyłam Ci z dzisiejszego porannego dyżuru przy chorych, hospicyjnego ducha dziękczynienia i mojej modlitwy w Kaplicy p.w. Św. O. Pio - dla Ciebie nasz Ojcze i ARKi. Przyjmij Tomaszka uśmiech i  pozdrowienia oraz troskę o Twoje ks. Piotrze samopoczucie. Radość wszystkich dzieci - bo to Pana Jezusa przedszkole... 
Pacjent hospicjum - Bogdan, o którym wspomniałam w poprzednim mailu - tydzień temu w piątek, po wysłaniu jego imienia do NK, wyspowiadał się tego samego dnia i przyjął Sakrament Chorych. Również w tym dniu  pojednał się, po wielu latach z własną matką. A w niedzielę o godz. 4.50 rano odeszla jedo dusza tunelem Bożej Miłości... Aż tyle dobra na raz... - pomimo fizycznego cierpienia. Szczęśliwą  radość jego rodziny. Szczęścia w Panu! I kolejny raz dowód na moc  ufnej modlitwy Koronką do Bożego Miłosierdzia - darem łaski Serca Chrystusa w prezencie szansy wieczności dla najbardziej zapiecznych dusz... 
Trwaj nasz Ojcze, w tym najwymowniejszym zjednoczeniu z Jezusem i swoim dziielnym apostołowaniem, w tym dziełami ARKi,  pomagaj uzdrawiać Panu te bolesne nowotwory duszy.
Z wdzięcznością i modlitwą
Sabina.

21 Październik A.D.2016

***

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Szczęść Boże!
 
Księże Piotrze!
 
 Chodzić z Chrystusem i dla Niego, to sens sensów wszystkiego, co dzieje się w naszym życiu... 
 
Pragnę napisać Ci nasz Boży Apostole o Krzysztofie z wczorajszego maila. Gdy w niedzielę odchodziłam z mojego dyżuru w hospicjum, podeszłam pożegnać się z nim i jego siostrą. Szłam prosto jak zawsze z niedzielnych porannych dyżurów na Mszę Św. na godz. 11 do karmelitów bosych. Obiecałam im obojgu modlitwę. A wy tu o ok. godz. 13-ej będziecie mieli ks. Józka, naszego kapelana. A o 14-ej będzie Pani mogła uczestniczyć tu w naszej kaplicy na Mszy Świętej - wyjaśniłam siostrze Krzysztofa. Zapewniłam, że po moim służbowym wyjeździe na szkolenie dyrektorów przedszkoli, na którym będę od środy do piątku w Przemyślu, w sobotę się tu spotkamy. Będzie mogła odjechać w niedzielę, a ja w następne dnie będę przychodziła, również nocami jeśli będzie taka potrzeba. Tak długo trzymał z uśmiechem moją dłoń na rozstanie, mówił oczami to, co ustami już nie mógł mówić, a siostra dzielnie masowała mu stopy. Jestem tu taką duchową siostrą dla Krzysia (dwa lata młodszą) - uspokajałam jego siostrę i jemu dodawałam otuchy. Kolejny raz wysłałam go do KzK.
 
Na tej Mszy Św. jakże ufnie modliłam się: Jezu Ty wszystko wiesz. Najcudowniej było by, Gdybyś w tym tygodniu przyszedł po Krzysztofa. Tyle jego cierpienia i dyskomfortu samopoczucia, a i siostra za tydzień musi odjechać. W pełni zawierzenia, modliłam się łącząc się duchowo z Krzysztofem.
 
Dziś rano po załatwieniu sprawy służbowej w pewnym urzędzie, zaszłam do hospicjum. Zobaczyć jak czuje się Krzysztof i upewnić oboje, że wyjadę jutro tylko na 3 dni. Jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam, że w łóżku leży inny mężczyzna. A jakie duchowe rozrzewnienie moje, lekarki i pielęgniarki, których w niedzielę nie było, gdy dowiedziałam się i im opowiedziałam, że wtedy podczas tej dla niego modlitwy do Jezusa Eucharystycznego, podczas trwania Mszy Świętej - bez żadnej agonii o godz. 11.36 Krzysztof odszedł spokojnie do Pana, żony i matki. W niecałą godzinę po naszym rozstaniu.  Scenariusz tylko Bogu znany. Maraton duchowy Bożej Miłości i Miłosierdzia. Siostra zdążyła przez cztery godziny nacieszyć się bratem i on nią świadomie. Pan zostawił jej kilka wolnych dni  na załatwienie własnych spraw w Polsce.
 
 Pragnę poinformować Cię ks. Piotrze, że Krzysztof na początku pobytu w hospicjum, półtora miesiąca temu, przygotował się do sakramentu chorych z modlitewnika "Pieczęć Miłosierdzia". Świadomie, bo tłumaczył mi, że tak z marszu nie wypada się spowiadać. Z zadowoleniem wysłuchał mojej opowieści o Tobie ks. Piotrze, dziełach ARKi i tym modlitewniku. Rozumiał i ufał, że w chwilach kiedy mnie tu nie ma, jestem z nim w duchowej łączności z codziennie modlitwą. Inni chorzy też.
 
Zostało dwu synów bliźniaków, 35-letnich kawalerów. Skontaktowałam się z jednym z nich. Dziś o godz. 15 pogrzeb Krzysztofa poza Lublinem, blisko miejscowości wcześniej wspominanego Witka. Będę się łączyła duchowo. Dziękuję za wsparcie i dobre słowo - odpisał syn.  A ja w kościołach Przemyśla, w każdej wolnej chwili mam za co dziękować Panu i co polecać... Bo tylko z Chrystusem i w Chrystusie każda nasza minuta życia ma wymierny sens...
Nieśmy dusze do Pana!
 
Z wielkim dziękczynieniem Panu Jezusowi i Tobie ks. Piotrze - w moim dniu pokutnym i mojej Margaretki dla Ciebie... 
 
 
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Szczęść Boże!
 
Ks. Piotrze!
 
nawet, gdy nie jesteś widoczny w przekazie tv miłosierdzie, tak jak w pierwszy wtorek kwietnia, gdy musiałeś odprawić Mszę Św. piętro niżej - nie martw się, bo jesteś w naszym sercu wyobrażalny i w łączności duchowej odczuwalny niemniej uświęcająco. Na miarę tą, ile Pan Bóg hojnie wlewa łaskę w nasze serca. A pragnie wlewać, skoro tak wymownie wpisał Swojego Syna w Twoje kapłaństwo. W mistyczny wręcz sposób, cudownie i cierpliwie tłumaczysz, jak we Mszy Św. z 8 kwietnia, żeby wszystko w nas i w naszym życiu wartościować w wymiarze Bożym, z Jezusem i dla Jezusa. Iść za Jezusem Miłosiernym - tak jak Ty. Gdybyś nawet nic nie mówił ks. Piotrze, to każdy Twój gest, oddech, spojrzenie - są najświętszym drogowskazem, wskazującym Jezusa wpisanego w misterium Bożej Miłości w Tobie, i to co na krawędzi samopoczucia uświęcasz głębią swojej duszy, duszy Jezusa w Tobie. Żyć dla Ciebie Jezu!!! - jakże pragnę, by jak najwięcej ludzi poznało sens pełnię Twojej Apostolskiej nauki. Ileż Boga w Tobie!!! - w "zrębie" Twojego  fizycznego człowieczeństwa. Drzewa, trawy, przelatujące ptaki i leżące kamienne kawałki bruku - mam wrażenie, że odczuwają "Twoją wielkość", gdy o niewyobrażalnie strzępkach ludzkich możliwości, idziesz do Sanktuarium posługiwać, lub na dializy... Czas miłosierdzia wypełnia się...
 
Jakże podobną intonację głosu i ufne obdarzanie wzrokiem szalenie cierpiącego samotnego człowieka, w ostatnim czasie zauważam w naszym hospicjum u Krzysztofa, cierpiącego z okropnym nowotworem twarzoczaszki, z obandażowaną głową. Na pierwszym spotkaniu tłumaczył mi, że rok temu zmarła mu żona, również na raka. Przez pięć lat walczyła z chorobą. We wrześniu zmarła mu matka. Nikogo przy nim nigdy nie widziałam. nie śmiałam pytać o rodzinę. Gdy miałam wyjechać na rekolekcje o Bożym Miłosierdziu do Lichenia, cieszył się, że będę tam u Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski modliła się dla niego. Ucieszył się, że na te dnie dałam mu miękkie dobre czekoladowe cukierki. Będziesz mógł je po kawałeczku sobie kroić i połykać - tłumaczyłam troskliwie. I nawet to go ucieszyło. Gdy miał więcej siły, przysłaniał by nie odrażać swoim wyglądem, swoją zeszpeconą chorobą twarz niewielką ściereczką. Cieszyłam się, że przede mną nie miał tych zahamowań  i mogłam mu coś pomóc, również porozmawiać jak z dobrym bratem. Gdy przyszłam na wczorajszy poranny dyżur, nie mógł już mówić, bo choroba postępuje. Rozmawialiśmy wzrokiem i gestami. Ale był dziś szczęśliwy, bo na tydzień przyjechała do niego siostra z Kanady. Trzymał jej dłoń jak wielki skarb. Życie bym za niego oddała, żeby mógł wyzdrowieć - mówiła do mnie z przejęciem. Muszę za tydzień odjechać - mówiła z rozterką. A chory z ufnością wskazywał jej wzrokiem na mnie. Jaki scenariusz przygotujesz dla nas na następne dnie Panie? I w tym przypadku, i we wszystkich innych pragnę wypełniać Twoją wolę Panie. Z troskliwym sercem służyć Ci Jezu i wdzięcznością do ostatniego tchu...
 
Z Basią Grabowską w Dni Bożego Miłosierdzia ufnymi sercami i modlitwą Ciebie ks. Piotrze i dzieła ARKi, tuliłyśmy do Serca Matki, która tu w Licheniu poznała nas ze sobą i zadała wspólne troski o konających. Z ARKI - domu pielgrzyma o tej nazwie, zaprowadziła nas do ARKi, którą stworzyłeś w Bożym natchnieniu...  By czas Roku Miłosierdzia był obfity w dary NIEBA i żebyśmy wypełniali wolę Pana coraz doskonalej.
 
Za naukę Miłości, jakże dziękuję Ci ks. Piotrze. Ty Boży realisto, mistrzu naszych serc i dusz - uzdatniaj życie dusz na wsze czasy w Bogu...
Życzliwa z darem modlitwy .
***

Tydzień temu umawiałyśmy się z Teresą, że w Wielki Piątek spotykamy się na Oddziale Paliatywnym o 15-tej. Zwykle uczestniczymy w innym budynku we Mszy św. o 14.30, po czym udajemy się na oddział, ale w ten jeden dzień w  roku Mszy św. nie ma. Ku naszemu zaskoczeniu jeszcze trzy inne osoby z Apostolatu Ratunku Konającym  także postanowiły udać się do ZOL na godzinę 15-tą. W planie była, jak przed rokiem, Droga Krzyżowa przy łóżkach chorych, jednak Pan Jezus na tę szczególną w Roku Miłosierdzia godzinę 15-tą coś innego przewidział. Kiedy nasz komplet pięciu osób  był gotowy do modlitwy w salach przy chorych, podbiegła do nas jedna  z pracownic i poprosiła o udanie się do właśnie teraz odchodzącego mężczyzny. Zespół pracownic jakby na nas czekał i może nie dowierzał, że się zjawimy tego dnia. Szybko nie zastanawiając się, kto gdzie ma iść, spontanicznie podzieliliśmy się i znalazłam się wśród kilku pracownic ZOL przy łóżku pana Jacka. Był tam też Bartek i Marysia. Wniesiono gromnicę i na stoliku ją zapalono. Twarz pana Jacka szarozielona przerażająco blada  w ogromnym kontraście do czerwonej, rumianej twarzy śpiącego na sąsiednim łóżku pana Romana. Wspólnie z powagą poleciliśmy Panu Jezusowi umierającego. Oczy miał otwarte i wpatrzone gdzieś daleko w  górę bez jednego drgnięcia powieki. Szarozielone oczy wyrażały dziwny pokój i patrzyły gdzieś w rzeczywistość pozaziemską, usta z trudem łapały powietrze, oddychał z wielkim wysiłkiem, ale to wcale nie wydawało się go przytłaczać i sprawiać dyskomfort i ból. Wzrok wpatrzony w inny świat mówił wiele. Po odmówieniu koronki do Bożego Miłosierdzia otworzyłam modlitewnik „Pieczęć miłosierdzia” i tak na zmianę, to czytałam treści modlitw w intencji konającej osoby, to znów własnymi słowami i słowami znanych modlitw prosiliśmy o zabranie pana Jacka. Wzywaliśmy Patronów dobrej śmierci, a szczególnie prosiliśmy o pomoc Maryję i Michała Archanioła. Wyrażaliśmy w imieniu konającego żal za każdy nawet najmniejszy popełniony grzech. Modlitwy ze strony 205  okazały się ogromną pomocą na ostatnie chwile. Oddechy stawały się coraz rzadsze, nie było żadnych oznak cierpienia. Raczej w sposób bierny i w pełni poddany współuczestniczył w naszych modlitwach. Na drugim łóżku pan Roman wymachiwał rękami, jakby coś od siebie odganiał i pomrukiwał przez sen. Marysia przypomniała o rozpoczynającej się Nowennie do Miłosierdzia Bożego, znów z pomocą Modlitewnika odczytaliśmy treści na pierwszy dzień Nowenny i spokojnie głosami ściszonymi rozpoczęliśmy drugą już koronkę. Podczas drugiej dziesiątki zamknęły się  oczy i pan Jacek przestał oddychać. Bez żadnej reakcji z naszej strony  dokończyliśmy koronkę, choć każdy z nas wiedział, że nasz konający już przeszedł próg życia. Na czole nakreśliliśmy znak krzyża przed opuszczeniem sali i wyraziliśmy wobec siebie wielką radość, że dane było temu młodemu jeszcze człowiekowi (50 lat) odchodzić w Godzinie Konania Pana Jezusa i to w Wielki Piątek wśród modlitwy zanoszonej wspólnie z pracownicami ZOL.  Cały czas płonęła świeca. Twarz pana Jacka zmieniała się, ze spokojnej zapatrzonej w niebo, w obolałą podobną do Oblicza Konającego Jezusa. Dla nas było to niesamowite przeżycie konania samego Jezusa. Przed oczami miałam krzyż ze stacji dwunastej w Bazylice w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Z lewej strony pod krzyżem stoją Maryja i św. Jan, a po prawej nie ma nikogo.  Dziś znaleźliśmy się tam we trójkę Marysia, Bartek i ja z Apostolatu oraz panie z ZOL. Dziękujemy Panu Jezusowi, że w tej wielkopiątkowej Tajemnicy pozwolił nam wziąć udział. Padały pytania retoryczne, dlaczego właśnie ten pan dostąpił tak wielkiej łaski. Chyba mu ktoś musiał wymodlić właśnie taką chwilę śmierci. Ktoś powiedział, że tak właśnie chcielibyśmy wszyscy umierać.

Miało się wrażenie pozostawania w innym wymiarze przez  jedną jedyną Godzinę Roku Miłosierdzia. Chwała Panu!

Wielki Piątek, A.D. 2016

***

Dzisiejsza Msza Św. była i moim od Ciebie ks. Piotrze Mikołajkowym prezentem. Pragnę Ci napisać o moim dwa dni temu Pierwszym Piątku w czasie Adwentu. Na porannym dyżurze w hospicjum - chory, ale z przytomnością umysłu Zbigniew, stanowczo odmawiał chęci rozmowy naszemu kapelanowi. Byłam wtedy w tej dwuosobowej sali. Na sąsiednim łóżku drugi chory przyjął Komunię Św. Okazałam Zbigniewowi radość, że i mój syn ma na imię Zbyszek bo to imię bardzo mi podoba się. Uśmiechnął się na te słowa. Ale stanowczo i uparcie powtarzał mi, że "w Boga wierzy, ale w całą resztę nie". Troskliwie zapytałam: "w Pana Jezusa nie wierzysz?" Stanowczo zaprzeczył i ponowił upewnienie mnie, że tylko w Boga wierzy i koniec.  
Troskliwym tonem zapytałam go czy mogę się dla niego modlić i czy mogą modlić się dla niego dobrzy ludzie powiadomieni telefonicznie. Przytaknął. Cieszyłam się, że nie zaprzeczył.  Przy jego łóżku wysłałam jego imię do KzK i odczytałam zwrotny sms. Wyjaśniłam mu dar tego dzieła. Adorując Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie od godz. 15-ej w kościele pw. Św. Michała Archanioła blisko nowego przedszkola, modliłam się żeby Boże Dziecię miało szansę narodzić się i w jego sercu. O godz. 16-ej zostałam w kaplicy Adoracji sama z Panem Jezusem.  Z drżeniem serca pomyślałam: "Czy to możliwe, żebyś w Pierwszy Piątek został tu Sam Jezu?" I dziękowałam Ci ks. Piotrze za dar Adoracji z wdzięcznością, że dzięki Tobie w tej chwili tu jestem. W takich sytuacjach jakże uczy nas Duch Święty wartościowania każdej chwili naszego życia i życia innych ora  wartościowania Miłości i Bożego Miłosierdzia.
 
Hospicyjne dni niewidomej w chorobie Ewy, o której wspominałam z troską w poprzednim mailu, były dzięki Bogu na miarę sytuacji dobre. Odnalazła poczucie bezpieczeństwa, świadomość sytuacji, a co najważniejsze Pana Jezusa z rąk kapłana. Odeszła spokojnie. A mnie cieszyło wysyłanie jej imienia do KzK z ufnym rozumieniem wartości modlitwy Koronką do Bożego Miłosierdzia.
 
***

Osiem godzin nocnego czuwania w bezgranicznej bliskości Serca Jezusa Miłosiernego w Najświętszym Sakramencie w Kaplicy Wieczystej Adoracji przy Centrum Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach w pierwszo piątkowej misji modlitwy Apostolatu Ratunku Konającym, nie da się przełożyć na sens żadnego ośmiogodzinnego dnia pracy. Tu swoim ufnym sercem odczuwam najpiękniejszą z możliwych bliskość Boga. Ciche modlitwy w intencji konających, otulane jakże niewysłowionym Majestatem Bożego wartościowania sensu naszego życia, w smaku daru najpiękniejszej Miłości Boga do człowieka w Sercu Jezusa – tak wymownie płynące z Hostii świętej, uzupełniałam czytaniem książki ks. Mariusza Bernysia, kapelana szpitala przy ul. Banacha w Warszawie, pt. „Święty Jan Paweł II Misja Bożego Miłosierdzia”. Treść jakże ubogacająca powagę miejsca i głębię duchową mojej tu dziś misji.

Niewysłowiona radość biła w moim sercu, gdy tą duchową piękną aurę niosłam na następny dzień, w sobotę do chorych naszego hospicjum. Olbrzymie trudności oddechowe zauważyłam u 50-letniego, podsypiającego Witolda. Wychudzony, pobladły ledwo oddychał w to upalne popołudnie, wspomagany aparatem tlenowym. Odżywiany dożylnie – zauważyłam. Uśmiechnęłam się w tej smutnej sytuacji, widząc na dłoni obok obrączki ślubnej, różaniec taki obrączkowy. Dyżurująca pielęgniarka potwierdziła powagę jego sytuacji zdrowotnej. Wysłałam jego imię do KzK i do bliskich mi w Krakowie Basi i jej cioci, zawsze włączających się w modlitwę dla naszych konających. Poszłam z pomocą do kolejnych chorych.

W tym czasie w nowej części hospicjum cichutko w objęciach żony zmarł 71-letni Jerzy, radosny człowiek, muzyk, kolega znanego piosenkarza Andrzeja Rosiewicza. Bardzo ucieszyli się, że poza zapaloną tu gromnicą – symbolem światła Chrystusa, ich i moją przy zmarłym Koronką, jeszcze inni ludzie w moim zgłoszeniu do KzK, włączyli się w modlitwie dla jakże drogiego im zmarłego.

Wysłałam też, do KzK imię zmarłego tu dziś Mieczysława, który umarł nie wiedząc, że jego żona była kilka dni temu operowana na raka jelita. Ludzkie dramaty często idą parami – pomyślałam. Dramaty w ludzkim wartościowaniu, bo Bóg zna we wszystkim poważny sens. Zaufać Mu bez granic – jaka to wielka łaska, gdy wydaje się, że rozpacz nie ma granic.

Po nakarmieniu chorych, wróciłam do Witolda. Nie spał. Słabiutkim głosem uskarżał się, że bardzo słabnie. Rak płuc go fizycznie wykańczał. Ucieszył się, gdy powiedziałam mu, że godzinę i 15 minut temu dużo ludzi włączyło się modlitwą Koronką dla niego. Opowiedziałam mu o mojej poprzedniej nocy modlitwie w Kaplicy Adoracji w Łagiewnikach, również dla chorych naszego hospicjum a więc i dla niego. W jego oczach pojawił się radosny blask oczu ks. Piotra i wyraz twarzy jakże podobnej, gdy opowiadałam mu o doświadczeniach choroby i przepięknej misji tego wyjątkowego kapłana i apostoła Bożego Miłosierdzia. Jakże żywo zapytał: skąd ma taką siłę? „Od Pana Boga” – odpowiedziałam. „No tak, od Pana Boga” – potwierdził przekonująco.  Umówiłam się z nim, że zaraz pójdę na Mszy Św. do archikatedry na godz. 19. W jego intencji przyjmę Komunię Św. Jakby to on sam przyjmował. Ucieszył się bardzo. Uścisk pożegnalny dłoni i znak błogosławieństwa na jego czole – odczuwałam w wymiarze wieczności. Powiedziałam mu, że w dobre ręce pielęgniarki Weroniki, która przyszła na nocny dyżur go zostawiam. W naszej lubelskiej archikatedrze usiadłam bardzo blisko cudownego obrazu Matki Bożej. Jakże ufnie prosiłam Matkę Bożą by dziś przyszła po Witolda i przekazała go Swojemu Synowi. Moja Komunia Św. jakże miała misyjny smak dla Wiktora i wydawało mi się, że ustami Witolda śpiewam po raz ostatni „Jezusa ukrytego Mam w Sakramencie czcić…” .  

Wychodzącego po Mszy Św. ks. Adama - proboszcza archikatedry poprosiłam o modlitwę dla Witolda. Za chwilę modlił się w hospicjum osobiście przy łóżku konającego. Ks. Józek  - nasz hospicyjny kapelan modlił się powiadomiony przeze mnie smsem. Witold odszedł spokojnie o godz. 21.20.

Na dzisiejszym niedzielnym dyżurze w hospicjum zapisałam sobie nr telefonu do jego żony Ewy. Pragnęłam opowiedzieć jej o ostatnich godzinach życia człowieka, który wzbudził we mnie tyle wyjątkowego uczucia. Od wdzięcznej żony Ewy, która z 9-letnim synkiem Jasiem odeszła od męża tuż przed moim przyjściem na dyżur dowiedziałam się, że Witold był szafarzem Komunii Św. i  chodził z Panem Jezusem do chorych. W swojej parafii 50 km od Lublina, należeli do kościoła domowego. Dlatego tak głęboko rozumiał sens naszej rozmowy o ks. Piotrze i dziełach ARKi, a Pan zadbałby w tych ostatnich godzinach nie był sam. Nosił Szkaplerz Św., a więc Matka Boża dotrzymała obietnicy. Ufam, że w tym dniu  -  po 50 latach i 8 dniach swojego ziemskiego życia, narodził się dla Nieba. Żona również na Mszy Św. o godz. 7 rano w tej samej archikatedrze przyjęła Komunię Św. w intencji dla męża. W domu również pozostał 17-letni ukochany syn Mikołaj.

To takie duchowe puzzle Pana Boga i wielkie dowody, że tylko to w życiu ma niewymierny sens, co naszym uczynkom nadaje Boży wymiar człowieczeństwa. Boża miłość i miłosierdzie pragnie mieszkać w naszych sercach i uświęcać nawet to, co po ludzku wydaje się niemożliwe. Dzieła ARKi są tego przykładem. Są bardzo potrzebne, jako „Boża deska ratunku”, bo wiele osób w ostatnich dniach życia, nie może przełamać się do Sakramentu Pojednania po wielu latach odejścia od Boga i nie mają odczucia zagubienia, a nawet istnienia własnej duszy.

***

Szczęść Boże!

Księże Piotrze, bardzo jestem wdzięczna Panu Bogu i Tobie za tak niestrudzone uświadamianie nam mocy modlitwy w pomocy chorym i konającym, w dziele ratunku dusz. W mailu wysłanym do Ciebie w dniu 11 maja br. pisałam, że bardzo martwię o kondycję duchową chorej Haliny, leżącej w hospicjum już kilka miesięcy. Dziś nie dziwię się jej wielkiej woli życia, pomimo nie młodego wieku. Dopiero po jej śmierci dowiedziałam się, że była dzieckiem obozu koncentracyjnego. To mówi wiele i usprawiedliwia wiele. Teraz rozumiem, że choć była z zawodu lekarzem, pragnienie wyzdrowienia było ponad realnością sytuacji stanu jej zdrowia.

Zgłaszałam ją systematycznie do KzK.  Dawałam jej poczucie bezpieczeństwa. I miały sens uczuciowy zapewnienia wzajemne miłości na całą wieczność. Basia i ciocia Masia z Krakowa otulały ją również modlitwą, bo w dobroci Bożej nie ma odległości.

Gdy przyszłam na piątkowy dyżur Halinka nie miała siły mówić. Oczy jej mówiły, że stan jest bardzo poważny, ale mnie poznaje. Znów szybko wysłałam ją do KzK. Gdy przyszedł na salę nasz hospicyjny kapelan, zapewniałam go, że Halinka jest świadoma. Prosiłam w jej imieniu o kawałeczek Hostii dla niej. Odmówiłam z kapłanem formułkę modlitwy w jej imieniu. Wzrokiem okazywała szczęście, pomimo widocznego gaśnięcia ciała. Świadomie popiła podaną przeze mnie wodą. Rozstawałam się z nią ze znakiem błogosławieństwa na jej czole. Błogosławieństwa na całą wieczność. Odeszła spokojnie o godz. 14.05 z Panem Jezusem w sercu. Jakże jestem szczęśliwa, że odeszła w Święto Najświętszego Serca Pana Jezusa. I że moja do niej bezinteresowna miłość miała szansę spełnienia również w tym najważniejszym dla niej dniu na progu wieczności.

Dziękuję Ci księże Piotrze za odczuwalne duchowe wsparcie.  Ufam  w Boży sens Krzyża Twojej,  po ludzku nie do udźwignięcia Krzyża choroby i zapewniam o codziennej modlitwie. "Całym Sobą" piszesz kolejne rozdziały Ewangelii Chrystusa. Pan Jezus w Tobie pisze... za cenę ratunku dusz.

Trwaj w Panu!!!

***

"Wytrwajcie w miłości mojej!" - te słowa Jezusa na dzisiejszą szóstą Niedzielę Wielkanocną przyświecały mi kolejnej niedzieli przy łóżkach chorych w hospicjum. Moje serce rozpierało uniesienie dziękczynienia. W ten miniony czwartek po raz pierwszy osobiście przyniosła swoje zwolnienie lekarskie Iza, 44- letnia woźna nowego przedszkola, w którym dyrektoruję. Jakiś zmutowany wirus być może grypy i wiatrówki, które na wiosnę grasowały również w przedszkolu, spowodował u niej zapalenie płuc z ostrą niewydolnością oddechową i krążeniową. Utrzymywana przez trzy tygodnie w śpiączce farmakologicznej nie wiedziała o intubacji jej tchawicy, ani o tracheostomii.  Wysyłałam Izę wielokrotnie do KzK, a koleżanki z pracy zamówiły Mszę Św. Rodzinę przygotowywali lekarze na najgorsze. Stan beznadziejny - powtarzali. 29 marca była Palmowa Niedziela. O godz. 8.15 odszedł pojednany z Bogiem Kazimierz. Paliła się przy nim gromnica, a ja na sąsiednim łóżku karmiłam Ryszarda i drżącym sercem cichutko prosiłam Jezusa:  Panie proszę Cię przyjmij Kazimierza i daj zdrowie Izuni. Jej córka samotnie wychowuje trzyletnie bliźniaki. I córka i wnuki tak potrzebują jej pomocy. Jakże wielka ufność rozlewała się moim sercu. Tym bardziej, że Kazimierz zmarł na tym łóżku, na którym cztery lata temu odeszła ukochana 20-letnia Moniczka, zaniesiona w objęcia Jezusa jakże odczuwalnym wstawiennictwem Św. Jana Pawła II, przy moim czuwaniu i jej babci w szóstą rocznicę Jego odejścia. Wierzę w Ich Obojga wstawiennictwo i kochające tak wymownie Otwarte Serce Jezusa. Cudowna Palmowa Niedziela i w południe cud wrócenia wszystkich funkcji życiowych Izy - nie wytłumaczalny innym sformułowaniem lekarzy i uzdrowionej Izy. I jak nie wielbić Cię w chorych Jezu?

Pomoc w karmieniu i czynnościach pielęgnacyjnych, to jakże potrzebne czynności, gdyż o pośpiechu nie może tu być mowy. Dziś zorientowałam się, że najbardziej chory to Tadeusz. Pobladły, cierpiący, ledwo tchnął. Od piątkowego mojego z nim tu kontaktu choroba gwałtownie postępowała i odmierzała końcowe godziny jego życia. Z trudem przyjął ode mnie roztarte w moździerzu pigułki i kilka łyżek herbaty. Bardzo bolał go kręgosłup. Z ciepłem płynącym prosto z serca zapytałam go czy chce, żeby wiele osób powiadomionych telefonicznie odmawiało w jego intencji Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Ucieszył się stwierdzając słabnącym głosem, że sam z bólu nie ma siły na modlitwę. Odczytałam mu zwrotny sms: "Faustyna. Zgłoszenie zostało przyjęte i przesłane do osób czuwających". Wzruszył się bezinteresownością osób mu nieznanych. Gdy za godzinę przyjechała żona, rozpaczała, że był już bez kontaktu, nie pojękiwał z bólu, cichutko odchodził. A tyle miała mu dziś jeszcze do powiedzenia. Jakimś pocieszeniem była dla niej moja relacja, przy rozterce żony, dlaczego do jutra nie poczekał? 

Od trzech miesięcy lekarka Halinka leżąca w sąsiedniej sali, z wielkim uniesieniem kolejny raz okazywała radość na moje przyjście. Dziękowała za słowność w obiecanych moich kolejnych przyjściach. Na początku jej tu pobytu, nawet pytała, jakie leki jej podaję. We wszystkim skrupulatna. Zawsze dziękowała mi za modlitwę Basi i jej cioci Masi z Krakowa, obiecywała odwzajemnienia modlitwy. Dziękowała za zgłaszanie jej do KzK. Słabnie coraz bardziej, ale w wolniejszym tempie. Byłam pewna, że ma świadomość coraz bliższego odejścia, gdy chciała żebym tylko przy niej była i wyznawała, że mnie bardzo kocha. Odpowiedziałam jej ufnie "tak Halinko i ja ciebie kocham na całą wieczność". "I ja ciebie też na całą wieczność" - odpowiedziała z wielkim wzruszeniem. I za chwilę doznałam przejmujący żal, że nie jestem w stanie spełnić jej prośby "módl się Sabinko, żebym wyzdrowiała" i po policzku spłynęła jej łza. Wola życia jest tak silna, zwłaszcza, gdy prosi lekarz, który  niósł tyle pomocy chorym, pracując w karetce pogotowia ratunkowego. A tak byłam pewna jej świadomości powagi jej nieuleczalności z powodu poważnej choroby nowotworowej. I trwam od dziś w modlitwie, by jej dusza miała łaskę ujrzenia, że Pan Jezus czeka nie tylko na jakże już słabą Ewę z sąsiedniego łóżka.

 Zauważam, że osobom bliskim, nawet, jeśli są przy łóżku umierającego, tak często trudno w sytuacji dla nich traumatyzującej spojrzeć modlitwą za próg wieczności. I kolejne jakże nieocenione "szanse pomocy modlitwą" w ratunku dusz przez KzK, Adorację Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie w pierwsze piątki miesiąca i Msze Święte ARKi. Dajmy szansę innym wytrwać w miłości Jezusa! - jakże troskliwie prosi ks. Piotr Mikołaj Marks swoim niestrudzonym przykładem wyjątkowości w tej misji Bożego Testamentu Miłości. Media dają mi tę szansę umocnienia na odległość.

***

Pojechałyśmy na piętnastą z Terenią do ZOL. Niesamowite przeżycia. Okazało się, że pani Sabinka już odeszła. Kiedy się żegnałyśmy tydzień temu, miałam przeczucie, że więcej jej nie spotkam. Patrzyły wtedy na mnie wielkie oczy, takie spokojne mimo bólu i wielkiego cierpienia. Modliła się z nami, poruszała ustami. Pocałowałam jej wychudzoną rękę, poiłam ją na leżąco, bo była bardzo spragniona. W ten sposób mamy świadomość, że samemu Panu Jezusowi pomagamy. Na koniec spotkania pobłogosławiłyśmy ją kreśląc krzyżyk na czole.

Dziś spotkałyśmy kilka osób, które prosiły o modlitwę lub zaprowadzono nas do nich. Odwiedziłyśmy panią Zosię w bardzo już kiepskim stanie, pana Władysława, ojca siostry zakonnej, bez kontaktu, dwie panie, Terenię o anielskich oczach i Władysławę śpiącą z pokrojoną głową. Przy wszystkich odmawiana była koronka. Pani Basia przeżywa odejście pani Sabinki zaledwie dwa lub trzy dni temu. Przez wiele tygodni dzieliły jedną salę. Śmierć nadeszła o piątej rano i pani Basia ją przespała, a więc było spokojnie. Pani Ania marzy o pójściu do domu, obok niej niepełnosprawna córka Agnieszka. Pani Ania jest chętna do modlitwy, sama głośno mówi z nami Koronkę przebijając nas. W każdej z sal tego dnia odmawiałyśmy koronkę i po dwie stacje Drogi Krzyżowej z malutkiej książeczki. Treści tak bardzo pasowałydo sytuacji poszczególnych osób lub nas samych. Niesamowite. Odkrywałyśmy to ze zdumieniem. Radośnie odkryła to też chora pani Grażynka. Tak dużo dostałyśmy  w ZOL tym razem!  Pokazuje nam Pan jak mało człowiek potrzebuje rzeczy wokół siebie, jak wogołoceniu z nagromadzonych rzeczy i w pokorze zbliża się do śmierci. Oczy robią się takie pełne wolności, pełne pokoju i ufności. Słowa czytane przez nas odbierane są tak bardzo czysto i pięknie. Trzy panie wzięły je dosłownie do siebie i z wielką aprobatą przytakiwały głową podczas modlitwy i uśmiechały się dając nam znać, że trafione w dziesiątkę. A były to słowa Pana Jezusa z Dzienniczka Siostry Faustyny. Dziękuję Ci, Panie! Wielki Piątek, nasza Droga Krzyżowa po oddziale paliatywnym. To był wyjątkowy dar z nieba.

Barbara G.

***

       Uczestnictwo w Apostolacie Ratunku Konającym uważam za wielki dar i powołanie do służby na rzecz konających.

       Od dawna moim pragnieniem było, by modlić się i wypraszać łaski potrzebne do zbawienia tym, którzy stoją na progu śmierci, śmierci, która jest częścią życia i która otwiera drogę do wiecznego zbawienia.

       Z radością, więc idę do chorych na Oddziale Paliatywnym w ZOL-u, przy ul.Wielickiej w Krakowie, by tam razem z nimi, przy ich łóżkach, modlić się koronką do Bożego Miłosierdzia.

       Reakcje chorych są różne. Jedni z radością modlą się z nami i ufają mocno, że ta modlitwa

przyczyni się do szybszego powrotu do zdrowia.

Inni, zamknięci w swoim cierpieniu, nie chcą, by ktoś modlił się przy ich łóżku. Za te wszystkie osoby modlimy się na korytarzu szpitala koronką do Bożego Miłosierdzia, prosząc o łaski dla nich i Miłosierdzie.

       Zapamiętałam starszą chorą, chorą osobę P. Annę, która ucieszyła się naszą obecnością i razem z nami oraz rodziną, cichutko odmawiała koronkę. Była świadoma stanu swojego zdrowia i tego, że zbliża się koniec jej życia. I jak gdyby czekała na to, co ma się stać i nie mogła doczekać się śmierci. Córce mówiła:, dlaczego tak długo to trwa....

Odeszła... po trzech tygodniach już jej nie było.

       Pobyt tam w szpitalu, choć krótki, jest dla mnie lekcją pokory wobec tajemnicy śmierci, która jest przejściem do wiecznego szczęścia w niebie- do nowego życia w Bogu.

Helena

***

       W Dziele Pokutnym, Apostolatu Ratunku Konającym jestem od trzech lat. Uczestnictwo to daje mi możliwość pracy nad sobą, a także mobilizuje mnie do wynagradzania Panu Jezusowi za to, co było złe w moim życiu, i niesienia pomocy drugiemu człowiekowi.

       Od września 2014 wraz z innymi uczestnikami rozpoczęłyśmy modlitwę przy łóżkach osób konających, w ZOL -u przy ul. Wielickiej. Pan Jezus przekazał św. Siostrze Faustynie, że kiedy przy konającym odmawia się Koronkę do Miłosierdzia Bożego, uśmierza się gniew Boży, a miłosierdzie ogarnia duszę. Kierując się tą obietnicą modlę się o Boże Miłosierdzie dla chorych, o łaskę ich zbawienia. Pragnieniem Pana Jezusa jest też, aby ludzie nie bali się śmierci, tylko zaufali Jego Miłosierdziu.

       Szczególnie zapamiętałam jedną panią chorą na raka, gdy pierwszy raz modliliśmy się przy niej. Była nieprzytomna, czuwał przy niej mąż. W czasie naszej wspólnej modlitwy, był moment, że chora wypowiedziała słowa: „Miej Miłosierdzie dla nas”... Mąż ucieszył się, że jego żonie nieco się poprawiło, ż dała znak życia. Na zakończenie modlitwy, zauważyliśmy piękny uśmiech na jej twarzy. Przychodziliśmy kilka razy do tej pani, po trzech tygodniach odeszła do Pana. Myślę, że ta wspólna modlitwa była jej potrzebna, by w ostatnich chwilach życia świadomie wzbudzić żal za popełnione grzechy i umrzeć w pokoju, ufając miłosiernej miłości Pana Jezusa.        Doświadczyłam, jaka jest moc modlitwy przy osobie konającej. Jestem szczęśliwa, że mogę pełnić swą posługę miłosierdzia w hospicjum. Tutaj uczę się jak ją spełniać względem bliźnich i oswajam się z przemijaniem, i z tematem śmierci.

                                                                           Teresa

***

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Sprawdziła się myśl Księdza Piotra, założyciela Dzieł ARKi, by jedni czuwali przy łóżku konającego, a inni przed Najświętszym Sakramentem w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Umawiałyśmy sie z Sabiną z Lublina, że na tę noc przyjedzie na Adorację, jednak Pan Jezus napisał inny scenariusz. Tymczasem od kilku dni odwiedzała najpierw w domu chorą koleżankę, którą opiekował się syn całymi dniami i nocami siedząc przy niej. Widząc stan chorej i  jego wyczerpanie w poniedziałek w tym tygodniu Sabina załatwiła Danusi miejsce w hospicjum, by ją wzmocnić kroplówkami.  Rano przed pracą biegła do niej i potem jak najwcześniej po pracy.  Stan Danusi poprawił się, nie była już cały czas spocona, rozmawiała. Czekała na córkę, która ma bilet z Australii na 16 lutego. Od poniedziałku nieustanną modlitwą towarzyszyłam Danusi i Sabinie przy łóżku umierającej. We wtorek rano miałam okazję chwilę z chorą, biską śmierci, porozmawiać. Cichutkim głosem, bardzo słabiutkim mówiła do mnie dając mi tym jakąś siłę i radość, że mogłam dzień rozpocząć przy łóżku w hospicjum. O 18-tej mieliśmy Mszę św. w Sanktuarium z obecnością św. Archanioła Michała i bardzo szczególną modlitwą dziewięciu kapłanów nad wszystkimi.  Sabinka w domu łączyła sie z nami przez Internet, a  potem we środę rano o tej Mszy św. opowiadała szczegółowo Danusi. 

Tego dnia dostałam sms, że Danusia żywsza, nie poci się i opuchlizna z nóg zeszła.  Przyszedł do niej ksiądz Józek z Sakramentem Chorych i potem odprawił w hospicjum Mszę św. zamówioną w jej intencji. 

We czwartek dostałam sms, że Danusia gaśnie. Sabinka wzięła dzień wolny w  pracy, by jej towarzyszyć. Pod wieczór przyszedł syn chorej i mogła pojechać do domu. Spała tylko 40 minut, by powrócić do Danusi na noc. Zostawić Jezusa dla Jezusa - napisała w sms. Nie było jej dane przyjechać do nas na nocną Adorację, jak planowała, jednak adorowała Pana Jezusa w konającej Danusi na sali hospicyjnej, a ja od 24-tej w Kaplicy Adoracji. Łączyłyśmy się duchowo. Odmówiłam Drogę Krzyżową poświęcając jej około godziny, rozważając kolejne stacje i widząc umęczoną twarz Danusi w agonii w Obliczu konającego Jezusa. Jej imię było wpisane do koszyczka, a wiele razy wcześniej była wysłana do Koronki za Konających. 

Danusia spokojnie odeszła po piątej rano. Sabina do końca o wszystko zadbała.

Dziękuję Panu Jezusowi, że dał mi siły i możliwość tak pięknego uczestniczenia tej nocy w odchodzeniu Danusi. Dziękuję, że Sabince dał siły ponad wszelkie oczekiwania! W jak pięknym Dziele uczestniczymy, doświadczyłam namacalnie! BG

***

Od kilku miesięcy należę do Apostolatu Ratunku Konającym, w którym modlę się i umartwiam za konających. Moim  Dniem Pokutnym, w którym ofiaruję za te osoby modlitwę oraz Komunię św. jest środa. Chcę się podzielić świadectwem łaski, jaką otrzymałam niedawno właśnie w związku z tą praktyką. 13 sierpnia, w środę po dłuższej chorobie zmarł mój wujek. Przez kilka lat cierpiał na dolegliwości żołądkowe, jednak jego stan był stabilny. Do momentu, aż bóle nasiliły się do tego stopnia, że wujka zabrało pogotowie i musiał być operowany. Po operacji zadzwoniła do mnie mama z prośbą o modlitwę, gdyż wujek ze względu na zły stan był utrzymywany w stanie śpiączki farmakologicznej. Odmówiłam w jego intencji jakąś krótką modlitwę, jednak ok. godzinę później poczułam wewnętrzne przynaglenie, aby odmówić za niego koronkę do Bożego Miłosierdzia. Sama modlitwa przychodziła mi, jakoś wyjątkowo, z dużą łatwością i zaangażowaniem. Przychodziły też mi natchnienia, aby modlić się również za osoby, z którymi wujek był skonfliktowany. Następnego dnia mama poinformowała mnie, że wujek zmarł przed północą, czyli w czasie, gdy odmawiałam za  niego tę koronkę. Chwała Tobie, Jezu!

Emilia, 5 września 2014

***

Dzisiaj minął rok od pierwszej adoracji Najświętszego Sakramentu ARKi w Kaplicy Wieczystej Adoracji Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, w pierwsze piątki miesiąca. Dziś, jak przed rokiem, rozpoczynała się nasza Adoracja od północy. 

To od roku w pierwszy piątek miesiąca zakładamy białe kamizelki z napisem „Apostolat Ratunku Konającym”, które mają być znakiem i świadectwem modlitwy za najbardziej potrzebujących wsparcia w godzinie śmierci. Modlimy się za tych wszystkich, którzy aktualnie odchodzą i odejdą do wieczności w najbliższym czasie.

Dziś w nocy po godzinie naszej adoracji w ciszy młoda dziewczyna także klęcząca od godziny przed Panem Jezusem poprosiła mnie o wyjście na chwilę z Kaplicy, gdyż chciała coś ważnego mi przekazać. 

Okazało się, że dokładnie rok temu, gdy po raz pierwszy adorowaliśmy Przenajświętszy Sakrament w Kaplicy Wieczystej Adoracji, w ramach ARKi, ta dziewczyna mocno zasmucona również trwała na modlitwie w intencji operowanego tej nocy w Szpitalu im. Św. Jana Pawła II bardzo chorego na serce brata Wojciecha. Ratowano mu życie, jednak stan był krytyczny. W kaplicy modlił się z nami ks. Piotr, założyciel ARKi i jej duchowy opiekun, który po rozmowie zasugerował, aby jej intencję za Wojciecha w stanie krytycznym napisać na kartce i zostawić na ławce na całą dobę w kaplicy na czas trwania naszej adoracji.

Zmieniamy się, co godzinę lub dwie, czasem ktoś trwa na modlitwie nawet sześć godzin.  Obiecaliśmy modlitwę siostrze Wojciecha, Joannie. I rzeczywiście jej brat był pierwszym konkretnym człowiekiem w tak trudnej sytuacji, potrzebującym modlitewnej pomocy, ocierającym się o śmierć.

Dziś Joanna dziękuje Panu Jezusowi za to, że natknęła się na nas podczas nocnego czuwania również w intencji brata. Odważyła się podejść do nas dzięki kamizelkom a właściwie dzięki napisowi na nich, który wszystko mówi i tłumaczy; Apostolat Ratunku Konającym. Najpierw zmroził ją widok napisu na kamizelce ze słowem „konających”.  Zdała sobie sprawę, po chwili, że dotąd modliła się za grzeszników i za dusze w czyśćcu cierpiące, ale za konających nie. Tymczasem przed Najświętszym Sakramentem zrozumiała, że jej brat w tej chwili jest konający.  Brat przeżył wielogodzinną operację tamtej nocy. Rok różnych zmagań za nim, miesiąc śpiączki, kilka kolejnych zabiegów operacyjnych, całkowity brak pracy jednej z nerek, podłączony był do sztucznej nerki, jedno płuco całkowicie nieczynne, niepracujące przez kolejne trzy miesiące, jakieś liczne zakażenia wewnątrzszpitalne po operacjach. Walka, nieustanna walka o życie. Jednak Joanna uwierzyła, że brat będzie żył, skoro przeżył tę bardzo długą i ciężką nocną operację serca w otoczce modlitwy ARKi przed Panem Jezusem Miłosiernym prawdziwie obecnym w Najświętszym Sakramencie.

Za jakiś czas okazało się, że w sposób nadzwyczajny nerka podjęła samodzielną pracę, kolejne prześwietlenie pokazało, że nieczynne płuco jest w stanie jak u zdrowego człowieka. Rodzina wie, że to cud, lekarze też.  Tego dnia 4-go września minął rok od operacji. Wojciech wczoraj uczestniczył w Godzinie Miłosierdzia i we Mszy św. z Komunią św. w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, by dziękować. Joanna przyszła jak przed rokiem na nocną Adorację, by podziękować Panu Jezusowi za cud uratowania życia brata i osobiście podziękować Księdzu Piotrowi Marks za to wielkie dzieło Apostolatu Ratunku Konającym i modlitwę. Upoważniła mnie do napisania w jej imieniu świadectwa działania Bożego poprzez modlitwę ARKi przynoszącą wielkie owoce.  (bg)

Chwała Panu!   

***

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

 Pragnę podziękować za modlitwę wstawienniczą za moją mamę Marię, która zachorowała nagle i znalazła się w szpitalu na intensywnej terapii. Lekarze powiedzieli, że był to " ostatni dzwonek", mama bowiem traciła przytomność i miała problem z oddychaniem.

Pani Teresa, koordynatorka Dzieła Pokutnego poradziła mi, abym napisała prośbę o modlitwę za mamę do Waszego Dzieła za Konających. Tak zrobiłam. Od tego czasu stan zdrowia mojej drogiej mamy zaczął się poprawiać. Zaczęła samodzielnie oddychać i stanęła na nogi.  Lekarz stwierdził, że to choroba nieuleczalna. Mama wróciła do domu. Podczas kolejnej wizyty kontrolnej lekarz stwierdził, po obejrzeniu wyników badań, że choroba ustąpiła. Mama czuje się lepiej i samodzielnie się porusza. Mogła odstawić leki. 

 

 Gorąco dziękuję wszystkim osobom, które modliły się w intencji mojej mamy. Wierzę, że zdrowie mamy zostało wymodlone. 

Dziękuję Pani Teresie koordynatorce i Księdzu Piotrowi Marks, których gorąco pozdrawiam.

Życzę aby Dzieło Pokutne rozkwitało na cały Świat.

Wdzięczna Agata S.

Z Bogiem!

***

Chcieliśmy podziękować Wam wszystkim za modlitwę w intencji Cioci Wandy. 
Niestety, dzisiaj wieczorem Ciocia odeszła do wieczności.

Prosimy, więc o modlitwę za Jej duszę, oraz bardzo gorąco za jej syna, Seweryna i jego rodzinę - żeby Pan Bóg pomógł im przetrwać te chwile pełne cierpienia i tęsknoty. Żeby dał im nadzieję i wiarę na ponowne spotkanie w Niebie...Z Panem Bogiem!

Agnieszka i Marcin

***

Szczęść Boże,oczywiście nadal kontynuuję post za konających. Nie spodziewałam się, że mój post będę ofiarowywała za mojego Teścia Józefa, który zmarł w Łasce Bożej w Niedzielę wieczorem w szpitalu, ale w obecności swoich dzieci. Ostatnie dwa tygodnie żywił się tylko Panem Jezusem w Komunii Świętej, przyjął ostatnie namaszczenie, był otulony Mszami Świętymi w Jego intencji. Z racji Niedzieli, o różnych porach różni ludzie ofiarowali Mszę Św. za Tatę. Jego powolne konanie trwało prawie dwa miesiące....  Pochowaliśmy śp. Teścia wczoraj, a uroczystości rozpoczęły się o godzinie Miłosierdzia - o 15:00.  Tym bardziej ufam, ze jest już w ramionach Ojca. Dzielę się tymi przeżyciami, bo doświadczyłam właśnie, że modlitwa za konających połączona z wiernym trwaniem człowieka przy Chrystusie 
jest najważniejsza i pozwala spokojnie przejść do wieczności. Pozdrawiam wszystkich zaangażowanych w dzieło.
Z Panem Bogiem
Maria 

***

Krzysztof, mój szwagier, zachorował 3,5 roku temu na zwłóknienie płuc.  Od tamtego czasu był bardzo chory, płuca miały coraz mniejszą pojemność i cały czas musiał być podłączony do tlenu. Jego stan był bardzo zły przez cały czas choroby. Coraz bardziej cierpiał. Zanim zachorował, zawsze z żoną praktykowali pierwsze piątki i soboty miesiąca. W sobotę 10.05.2014 wysłał swoją żonę do Warszawy na pierwszą Komunię św. w rodzinie. Przed jej wyjazdem o 5 rano wręczył jej prezent, malutki złoty medalik, szkaplerz MB.  Czyż nie jest to najpiękniejsze pożegnanie z przekazaniem żony pod opiekę Maryi na resztę życia? Tego dnia do niego przyjechała matka, by się nim opiekować. Był to dobry dzień, gdy razem bardzo dużo się modlili.  Tego dnia był wyjątkowo spokojny i mówił o swoich planach, że w końcu zabiera się do życia, wszelkie jego słowa  mówiły o nadziei. Tymczasem tuż przed powrotem swojej żony około 21-wszej  w obecności mamy oddał ostatnie tchnienie. Moja siostra już wchodziła do mieszkania. Zadzwoniła szybko do mnie, gdzie jestem, bo Krzysiu nie żyje. Myśmy wtedy stali na światłach na Matecznym. Zanim dojechaliśmy pod blok, zmówiliśmy koronkę do Miłosierdzia Bożego. Kiedy znalazłam się w  ich mieszkaniu, zobaczyłam niedające śladów życia ciało szwagra i zadzwoniłam na numer 112 informując, że ciężko chory mężczyzna umarł lub umiera. Dyżurująca kobieta zaproponowała podjęcie reanimacji pod jej dyktando. Mój mąż momentalnie rozpoczął sztuczne oddychanie, ja podtrzymywałam głowę Krzysztofa i uciskałam skrzydełka nosa. Pani dyżurująca mówiła, że pogotowie już jedzie. Byli na miejscu po kilkunastu minutach i podłączyli Krzysia do aparatów, które pokazały, że serce zaczęło pracować. Dalej już oni reanimowali, a my z jego  mamą w głos odmówiłyśmy koronkę do Miłosierdzia Bożego przy ekipie reanimującej, następnie zapaliłyśmy gromnicę. Przyjechało jeszcze jedno pogotowie  z następnymi czterema osobami do ratowania. Serce słabo pracowało. Zdecydowano o przewiezieniu Krzysztofa do szpitala, gdzie podłączono go do aparatów podtrzymujących życie,   o 8 rano przyszedł do niego ksiądz z sakramentem chorych. Krzysztof nie odzyskawszy przytomności odszedł o 8.27. Wieczorem i rano po 6 - tej wysłałam jego imię do Koronki za Konających, modliło się wiele osób tej nocy, a w ostatni pierwszy piątek miesiąca  podczas Adoracji w intencjach tych, którzy w  najbliższym czasie odejdą,    jego imię całą dobę leżało w  koszyczku z modlitwami za konających. Dziękuję Panu Bogu, że pozwolił nam być w godzinach odchodzenia Krzysia i jeszcze coś dla niego zrobić. Dziękuję, że przyjechaliśmy w sam raz, by w tych godzinach być przy nim. Dziękuję, że choć już nie żył, gdy przyjechaliśmy, Pan pozwolił mu powrócić na te kilka ostatnich godzin i czerpać z modlitw i praktyk obiecanych konającym.

Barbara

***
Szczęść Boże! 
Księże Piotrze - bardzo dziękuję Panu za Twoje Apostołowanie nam - dzieciom Bożym, tym słuchającym Pana i tym pogubionym w poznaniu i zrozumieniu sensu życia i najważniejszego z dzieł Bożego Miłosierdzia - ratunek dusz. Dziękuję Panu za uczenie mnie tej misji. W Bożej Miłości nie ma ludzkich wartościowań, czasu ani odległości - czego doświadczam i pragnę przekazać innym w tym świadectwie  w załączniku.
"Masz być czystą jak łza" - za te słowa Jezusa w Tobie i ich pozytywne owoce... jakże dziękuję. 
Niech Jezus w zjednoczeniu z Tobą daje sukcesy ratunku dusz w tym coraz trudniejszym świecie.

Wdzięczna Sabina Borsuk z Lublina.

ŚWIADECTWO

Promyki Bożego Miłosierdzia w dziełach ARKi

Uczestnicząc w Lublinie poprzez audycję radiową drogą internetową we  Mszy Świętej koncelebrowanej przez ks. Piotra w Sanktuarium Bożego Miłosierdziaw pierwszy wtorek maja w intencji wszystkich Konających, w oczywistej łączności duchowej – cieszyłam jak szczęśliwe dziecko przytakujące radości ks. Piotra, że dzieła Arki rozrastają się i promykami Miłosierdzia Bożego sięgają na cały świat. W każdym słowie ks. Piotra podczas całej Eucharystii  odczuwałam słodki szept Serca Chrystusa. Tak samo podczas transmitowanej wcześniej przez TV Mszy Św. w Kaplicy Sióstr. O tym wszystkim wcześniej informuje mnie Basia  z Krakowa.

Cudownie, że dzieła ARKi może każdy poznać ze strony internetowej Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Krakowie - Łagiewnikach  i mieć szansę je dodać w dzieła miłosierdzia własnego serca. Wystarczy pragnąć  chcieć wejść na taki promyczek, a Duch Święty poprowadzi. Dzieła ARKi  udowadniają, że nasz Święty JPII w natchnieniu Bożym obrał to miejsce na światowe centrum Miłosierdzia Bożego.

Odczuwam błogosławieństwo Boże w pomocy Jezusowi w ratunku dusz poprzez dzieła ARKi, a zwłaszcza KzK w posłudze jako wolontariusz w hospicjum, nie tylko wobec umierających, ale i ich rodzin oraz personelu i wolontariuszy. Tyle ufnego wzruszenia świadomych chorych, tyle zrozumienia i współuczestniczenia.  A ileż szansy pomocy postem i modlitwą tym, którzy odchodząc z tego świata nie są w stanie sami sobie pomóc ani nie mają wsparcia bliskich. Powinnam tu wspomnieć radość na moim piątkowym dyżurze  przez zgłoszenie do KzK pożółkniętej strasznie i wychudzonej rakiem wątroby chorej Pani Ireny, u której jest bardzo widoczny zbliżający się kres życia. Gdy odczytałam w głos zwrotną odpowiedź w smsie „ Faustyna.pl: Dziękuje. Zgłoszenie zostało przyjęte i przesłane do osób czuwających”, ze wzruszenia zaszkliły się jej w ogromnej wdzięczności pożółknięte, jakże zgorączkowane oczy i słowa Bożych treści. Dziękował również czuwający przy niej syn Jarek, mający duże trudności  w poruszaniu się spowodowane postępującym stwardnieniem rozsianym. Mówił, że tu u hospicyjnego kapelana wyspowiadał się i przyjmuje razem z mamusią Komunię Świętą. Wiele rodzin chorych poznaje to Boże dzieło ratunku dusz. Wiele otrzymuje zachętę poznania bliżej Miłosierdzia Bożego.

W pierwsze piątki Adoruję Jezusa w Najświętszym Sakramencie w kościele tu w Lublinie, łącząc się duchowo z czuwającymi w Kaplicy Adoracji przy Sanktuarium w Łagiewnikach, a cel modlitwy jest taki sam – ratunek dusz konających i cierpiących w czyśćcu. W dzień czuwam,  bo w Lublinie nie ma miejsca Wieczystych Adoracji.

W sobotę otrzymałam telefon od Basi, że jej tak bardzo schorowany szwagier Krzysztof umiera. Szybko zgłosiłam do KzK, bo nie było tu czasu pytać, czy już ona wysłała. Oboje z mężem modliliśmy się w głos. Modlitwy nigdy za wiele. Krzysztof bardzo chory na niewydolność oddechową spowodowana zwłóknieniem płuc, zabrany do szpitala zmarł w niedzielę o godz. 8.27 rano. W tym czasie na Mszy Św. o godz. 7.30 w mojej lubelskiej parafii Miłosierdzia Bożego – siedząc naprzeciw obrazu Jezusa Miłosiernego, prosiłam w duchowej łączności z chorym w szpitalu, Jezusem Eucharystycznym  przyjętym w Komunii Świętej,  Jezusem obecnym w Hostii  w Kaplicy Adoracji przy Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach,  żoną Krzysztofa Anią, Basią i ks. Piotrem ze słowami  „Jezu, Dobry Pasterzu (to niedziela Dobrego Pasterza) ulituj się nad tak schorowanym Krzysztofem. Przytul go jak duszącą się owieczkę i zanieś do nieba”. Tyleż ufnej wiary napełniało moje serce. Jakże byłam szczęśliwa, gdy dowiedziałam się od Basi, że na trzy minuty przed końcem  Mszy Św., w której uczestniczyłam (trwała równą godzinę!) – Krzysztof odszedł do Pana.

Świat stworzony przez Pana jest przepiękny, utkany wielką Bożą miłością, nawet w tym co bardzo boli.  W wartościowaniu każdego  momentu życia, starajmy się dostrzec wymiar wieczności i drogę do niej na promyczkach Miłosierdzia, jakże jasno pulsujących w dziełach ARKi. Sabina

***

Trójka dzieci z rodziny patologicznej została zabrana do różnych Domów Dziecka. Modliliśmy się, by dzieci mogły być razem. Dzieci zostaną umieszczone w jednym domu. Dziękujemy Panu Bogu za wysłuchanie naszych modlitw.

***

Ojciec rodziny chory na boreliozę. Stan bardzo ciężki. Do szpitala nie chciano go już przyjąć. Małżeństwo podjęło postne i modlitewne wsparcie. Osoba ta wróciła do zdrowia. Bogu niech będą dzięki!

***

Święto Bożego Miłosierdzia tym razem miało wymiar jeszcze bogatszy, kanonizacja Osoby, poprzez którą cały świat może korzystać z łask obiecanych przez Pana Jezusa Św. Siostrze Faustynie. Niejedną osobę pocieszałam wskazując na ten dzień, a  także na możliwość uproszenia wszystkiego za przyczyną św. Jana Pawła II w dniu Jego kanonizacji. Pocieszałam w mailach moją szkolną przyjaciółkę Elę zza oceanu, której jedyna córka zachorowała na nowotwór złośliwy z przerzutami do nerek i do różnych organów w dole brzucha. Operowano ją, choć stopień choroby był już czwarty. Stan po ludzku bez szans. Ola ma dopiero 34 lata. Uczestniczyłam z  daleka w tragicznych przeżyciach Eli i Marka, naszej klasowej pary. Prosiłam o modlitwę księdza Piotra.

 Pocieszałam zanosząc modlitwy tu w Sanktuarium podczas nocnej adoracji w pierwsze piątki miesiąca. Już o północy do koszyczka wkładałam przez kolejne miesiące karteczkę  z imieniem Ola. Całą dobę inni modlili się też w jej intencji i to przez kilka kolejnych trudnych miesięcy, gdy stan Oli podczas chemioterapii i naświetlań był bardzo ciężki. Bałam się każdego maila z Ameryki od nich. Długo nic nie przychodziło i w końcu wczoraj napisał Marek. Zdałam sobie sprawę, że badania miały miejsce w oktawie Święta Bożego Miłosierdzia, serce zaczęło śpiewać pieśń uwielbienia!!!

Przekazuję treść tego maila w oryginalnej postaci.

Moi drodzy,

Ola przeszła w tym tygodniu serię badań po zakończeniu chemo- i radioterapii. Ku naszej ogromnej uldze wszystko wygląda dobrze. Oficjalnie, jej nowotwór jest w całkowitej remisji. Nie ma żadnych śladów na zdjęciach tomograficznych i wszystkie markery w badaniach krwi są normalne, najważniejszy jest grubo poniżej normy.

Ola wróciła do pracy i czuje się znacznie lepiej niż przed kryzysem. Trochę odetchnęliśmy. 

Bardzo wszystkim dziękujemy za modlitwy i wsparcie! 

Serdeczne pozdrowienia

Marek

Barbara G. A.D.2014

 
***
 
Dziś dostałam wiadomość, że osoba z hospicjum w  Lublinie, Barbara bardzo cierpiąca, która nie mogła parę tygodni odejść, odeszła spokojnie doczekawszy się przyjazdu córki z  Kanady. Zmarła przy niej. W jej intencji były wysyłane koronki do KzK.

Pan Jezus pisze najlepsze scenariusze życia i śmierci!

08.09. A.D.2013

 

Szczęść Boże!

Dzień przed śmiercią Mamy po rozmowie z przyjaciółką Basią o zmaganiach i ciężkim stanie mojej chorej Mamy, poprosiłam o zgłoszenie jej do Dzieła: Koronki za Konających. Wieczorem nazbierałam kwitnących piwonii z ogrodu i przyniosłam dla Mamy, bo to już ostatnie kwiaty zakwitły dla niej. Następnego dnia rano byłam na Mszy świętej w intencjach ciężko chorej Mamy. Po śniadaniu, a zjadła zaledwie kilka łyżek kleiku z masłem i cukrem, była jakaś zmieniona. Gdy wnosiłam Mamę do łóżka, czuła wielkie zmęczenie. Ułożyłam ją wygodnie, po czym zasnęła. Oddychała mocno. Tego dnia miałam dużo obowiązków, więc do nich poszłam, jednak stale zaglądałam do Mamy. Południowy różaniec z rozważaniami odmówiłam przy łóżku śpiącej Mamy, nie budziłam jej na kolejny posiłek. W Godzinie Miłosierdzia znów udałam się do pokoju Mamy, by przy jej łóżku odmówić koronkę do Miłosierdzia Bożego. Podczas odmawiania koronki oddech stawał się coraz krótszy. Uklękłam obok łóżka – ostatni oddech towarzyszył słowom „Święty Boże, Święty mocny, Święty nieśmiertelny...”

Dziękuję Panu Bogu, że Mama została zabrana podczas spokojnego snu i koronki do Miłosierdzia Bożego i że w tym momencie mogłam być przy niej.

Teresa Frankowska, 02.07.2013

+++

Szczęść Boże, 
chciałam się podzielić kilkoma świadectwami, jedno poniżej od osoby, która o modlitwę poprosiła przez sms i momentalnie zgłosiłam do Dzieła KzK. Sama też podjęłam modlitwę. Mam obiecane też świadectwo od koleżanki, której Mamusia ostatnio odeszła w Godzinie Miłosierdzia, tez podana  do Dzieła KzK. 

Kilkanaście dni temu poproszono mnie o modlitwę w intencji umierającej 36-letniej kobiety, podopiecznej Hospicjum Domowego,  która była jeszcze przytomna, a nie chciała pojednać się z Panem Jezusem. Podałam jej imię do KzK, sama też się modliłam o ratunek dla jej duszy i prosiłam o modlitwę kilka zaprzyjaźnionych osób. Ta pani wkrótce zmarła, otrzymałam wiadomość, nie zdążyła odbyć spowiedzi i przyjąć Komunii św., lecz tuż przed utratą przytomności wyraziła taką gotowość.  Zapewne był to dla nas znak przyjęcia łaski przed śmiercią, a wszystko dzięki otuleniu jej koronkami do Miłosierdzia Bożego.

Przed Świętem Miłosierdzia już trzeci rok w Hospicjum w Lublinie Sabina (wolontariuszka) przygotowuje przytomnych umierających na przyjecie tej szczególnej łaski w Niedzielę Miłosierdzia. Tym razem tylko jedna osoba była nieprzytomna po wycięciu części mózgu, leżała jak roślinka. Wszyscy pozostali z radością oczekiwali na przyjęcie Pana Jezusa w tym szczególnym dniu i dziś już wszyscy nie żyją za wyjątkiem tej jednej Iwony, która wtedy w ogóle nie miała żadnego kontaktu. Ostatnio Sabina weszła do jej sali i ze zdumieniem stwierdziła, że wyjęto jej sondę, przez którą była karmiona i karmi się ją łyżką. Iwona wodzi oczami i wydaje się, że rozumie, co się do niej mówi. Nawet odpowiedziała logicznie w pewnym momencie "tak". Przyszedł do niej ksiądz z Komunią św. i ona chciała przyjąć Pana Jezusa, wyrażała to oczami. Jest to matka trzech niedużych dziewczynek. Była podana do KzK, bo jej stan był bardzo ciężki i wszystko wskazywało na to, że pozostanie bez świadomości do końca życia. Prosimy o modlitwę, by ta pani wracała do zdrowia!!!

Zgłosiłam do modlitwy w Dziele postu o. Arkadiusza karmelitę, który nagle zachorował na wątrobę, wynik badania wynosił 1500, gdzie norma jest rzędu 30, co wskazywało na coś bardzo poważnego. Leżał w szpitalu z ogromnymi bólami i bardzo złymi wynikami badań. Jego mama zmarła na jakąś niezidentyfikowaną chorobę wątroby, więc u tego zaledwie 39-letniego kapłana mogło być to samo. Również u niego nie zidentyfikowano choroby. Dwukrotnie były przymiarki do dania intencji dla modlącej się grupy postem 40-dniowym, jednak zawsze z czymś nie zdążyliśmy. Co czwartek intencja o uzdrowienie o. Arkadiusza była zanoszona we Mszy św. o 17-tej. Także w przedostatni czwartek. Z moją koleżanką Sabiną umówiłyśmy się u karmelitów w piątek następnego dnia na mszy św. o 18-tej. Ona miała przyjść prosto z dworca, bo z  Lublina przyjeżdżała do Krakowa na zjazd hospicjów. Zjawiła się tuż przed Mszą św, radość, że zdążyła, a jeszcze większą radością było zobaczenie w koncelebrze o. Arkadiusza, który do Krakowa przyjechał egzaminować studentów. Zrozumiałyśmy, dlaczego tu się znalazłyśmy, obie bardzo w  jego intencji modliłyśmy się. W następną środę o. Arkadiusz miał badania kontrolne w szpitalu w Lublinie i lekarze ze zdumieniem stwierdzili, że stał się cud. Wyniki są "książkowe". Bóle ustąpiły nagle w piątek, tak mówił ojciec. Ojciec odszukał Sabinę przez wspólnych znajomych, by jej osobiście podziękować, a  ja udałam się na Mszę św. o 17 we czwartek, by tu dziękować za wielki cud Pana Jezusa Miłosiernego!

Z Panem Bogiem!

Barbara Grabowska, 01.06.A.D.2013

+++

W sobotę 18 maja zmarła moja mama. Otrzymałem wielką łaskę (tak – łaskę!), mogąc być przy jej śmierci. Mama długo chorowała na wirusowe zapalenie wątroby. Wiedzieliśmy, że ta choroba nieuchronnie prowadzi do uszkodzenia wątroby, jej marskości, a w konsekwencji do zmian nowotworowych. W kwietniu badania potwierdziły obecność w wątrobie dużego guza – diagnoza jednoznaczna – rak wątroby. Rozpoczęliśmy walkę: szpital, onkolog, tomografia. Jednak postęp choroby był tak szybki, że minął ledwie miesiąc, a stan mamy tak się pogorszył, że ani chemioterapia, ani inne zabiegi nie wchodziły w grę.

Mama zapadła w śpiączkę wątrobową. Od środy nie było już z nią żadnego kontaktu. W piątek przewieźliśmy mamę ze szpitala do hospicjum w Dąbrowie Tarnowskiej, w domu nie bylibyśmy w stanie zapewnić jej należytej opieki. Wieczorem lekarz dyżurny przyjmujący mamę stwierdził, że nie pracują jelita, nerki też są skrajnie niewydolne, ale raczej nie umrze tej nocy; mieliśmy się przygotować na kilkudniowe, powolne i bolesne konanie, spowodowane rozpadem wątroby. Postanowiliśmy, że tej nocy ja zostanę czuwać przy mamie, a moja siostra i reszta rodziny pojedzie do domu choć przez chwilę odpocząć.

Widziałem, że mama coraz ciężej oddycha, pielęgniarki z hospicjum kilkakrotnie przychodziły do chorej: podpinały tlen, podawały kroplówki nawadniające i leki przeciwbólowe. Oddech mimo to stawał się coraz cięższy, wyczuwało się w nim ból i cierpienie. Zdałem sobie sprawę, że ta noc może być jednak tą ostatnią, wysłałem SMS-y do znajomych z prośbą o modlitwę. Wiem, że za moją umierającą mamę modliło się Koronką do Miłosierdzia Bożego wiele osób. Dostałem nawet zwrotne informacje o modlitwie od osób, które są raczej na obrzeżach Kościoła. Ja błagałem o cud osobę, którą uważam za mojego niebieskiego orędownika – ojca Piotra Rostworowskiego. Chwilę drzemałem; potem zwilżałem mamie usta; znowu modliłem się o cud, choć wiedziałem, że taki cud jakbym chciał już raczej nie nastąpi; potem znowu drzemałem. Około czwartej nad ranem ocknąłem się, a mama spała spokojnym snem, tak mi się przynajmniej wydawało. I wtedy stał się pierwszy cud. Pielęgniarki, które akurat weszły na obchód, chwilę szeptały między sobą, po czym wróciły z różańcami i świecą, powiedziały: „pomódlmy się”. Bez nich nie wiedziałbym, że to już.

Odmawialiśmy Koronkę, przy drugiej dziesiątce stał się drugi cud – mama obudziła się (pierwszy raz od trzech dni!), otwarła oczy i podniosła lewą rękę (w prawej miała gromnicę). Nie wiem, czy podniosła, bo chciała się przeżegnać, czy chciała ją komuś podać, komuś (Komuś?) kogo widziała przed sobą. Po jej policzku popłynęła jedna łza. Chwyciłem mamę za rękę i trzymałem do końca odmawiania Koronki, przy piątej dziesiątce już nie oddychała, jakby zasnęła, ale to serce przestało bić. Zamknąłem jej oczy, otarłem tę samotną łzę i modliłem się dalej. Coś mi mówiło, że dalej mam modlić się o cud. Wiem, za co moja mama ofiarował swoje cierpienie; wiem, że dalej mam modlić się o cud i wiem, że on nastąpi.

Dziękuję Bogu za łaskę bycia przy odejściu mojej mamy. Dziękuję personelowi hospicjum w Dąbrowie Tarnowskiej i wszystkim pracownikom i wolontariuszom hospicjów w Polsce. Dziękuję w imieniu mojej mamy wszystkim, którzy modlili się Koronką do Miłosierdzia Bożego, zwłaszcza z dzieła „Koronka za konających” z Sanktuarium Bożego Miłosierdzia.

Roman

 +++

Ula od 22-giej spokojnie odchodziła już bez świadomości, zmarła o 5.30. Towarzyszyło jej mnóstwo Koronek do Miłosierdzia Bożego i płonące światła w różnych miejscach Polski i w Ameryce. Do końca myślała tylko o innych. Szalenie wrażliwa na krzywdę, o wielkiej wyobraźni miłosierdzia, zawsze nosiła Szkaplerz święty dla spełnienia wielkiej obietnicy Matki Bożej, którą tak kochała! Jezu ufam Tobie! Barbara

 

***************

 

W październiku 2012 roku modliliście się za moje córeczki. Na końcu wkleiłam przypomnienie intencji. Wikusia zmarła w dniu swoich pierwszych urodzin. Gabrysia pozostała ze mną. Rozwija się prawidłowo, ale by żyć musi być stale podłączona do tlenu. Lekarze dają nadzieję, że kiedyś zacznie samodzielnie. Po śmierci Wiktorii poczułam żal do Boga. Do dziś borykam się z tym wszystkim a i w małżeństwie nie układa się najlepiej. Wiem, że nie mogę winić Boga za swoje niepowodzenia. Wiem, że dla Gabrysi muszę się z tym wszystkim uporać. Piszę by podziękować za modlitwę. Nie mogę napisać, że stał się cud. Modlitwa nie dała mi tego o co prosiłam, ale mam nadzieję, że Bóg wie co robi. Muszę Mu zaufać. Dziękuję Wam. Katarzyna

Intencja: o zdrowie dla śmiertelnie chorych trzymiesięcznych bliźniaczek Gabrysi i Wiktorii oraz o 
uzdrowienie małżeństwa Katarzyny, które w tych trudnych chwilach przechodzi kryzys 
Start Postu i Modlitwy 40 Dni: 15.10. A.D.2012 Koniec: 23.11.A.D. 2012 

***

Kolejne owoce ARKi.  Podczas Adoracji Najświętszego Sakramentu 6.12.2013 r. modląc się m. in. w intencji bardzo chorego Romualda – brata męża, coraz bardziej duszącego się rozrostem raka płuc, wielbiłam Jezusa w Najświętszym Sakramencie i bardzo pragnęłam, żeby chory miał szansę przyjmowania Jezusa Eucharystycznego. Obie z Basią modliłyśmy się o dobre rozwiązanie dla niego, a imię leżało napisane w koszyczku.

Przez poprzednie lata każdej niedzieli uczestniczył we Mszy Świętej. Gdy rok temu miał operację guza mózgu, wtedy w szpitalu ostatni raz przyjmował Komunię Św. Później cały rok bratowa skrzętnie kryła przed mieszkańcami swojej wsi informację o jego poważnym stanie zdrowia, nawet z siebie wypierała tą prawdę. Lekarza na wizytę domową wzywała, rozumiała tą potrzebę. Ale księdza wezwać do 58 – letniego chorego – to tak jakby wobec wsi na siłę oczekiwać jego umierania. Taka mentalność...  Osaczana ciągle byłam zastrzeżeniami żony chorego: oby nikt we wsi nie dowiedział się, że źle z Romka zdrowiem.  Mój niepokój nasilał się wraz z oczywistym postępowaniem choroby.

Uspakajała mnie ufnymi radami koleżanka Basia z Krakowa: trzeba Ramka podawać do KzK, co jakiś czas, a Pan rozwiąże wszystko pomyślnie. 11 grudnia, a więc za 5 dni po Adoracji Jezusa w Najświętszym Sakramencie w dziele ARKi stan choroby tak nasilał się, że po wizycie na onkologii Romek został pacjentem pulmonologii tu w Lublinie, 100 km od domu rodzinnego. Pomimo, że położyli go z braku miejsc na oddziale gruźliczym, cieszyłam się, że będę u niego tyle razy, ile tylko będzie potrzeba, oczywiście równocześnie pracując. Ta sytuacja była wielką łaską Pana Jezusa dla mnie, by stopniowo pomóc Romkowi zrozumieć wolę Bożą wobec niego i zbliżający się koniec doczesnego życia. Gdy zostaliśmy pierwszego dnia sami w Sali, a na Sali chorych stanął przed nami kapelan szpitalny, cieszyłam się jakby sam Pan Jezus stanął przed nami. Na drugi dzień Romek przyjął wiatyk.

Przybiegałam po 2 – 3 razy dziennie karmić go, w ostatnie dwie noce siedziałam przy nim, by dać mu poczucie bezpieczeństwa i szansę przygotowania duszy na spotkanie to najważniejsze z Panem Jezusem. Jakie to szczęście, że dusza ma szansę nie umierania – tłumaczyłam z głębokim przekonaniem. Wzywałam żonę z synami, żeby mogli widzieć się z umierającym w ciągu dnia, a w bratowej wzrastała złość, że co za leki mu dają, skoro nie zdrowieje. Intensywnie też modliłyśmy się z Basią i jej ciocią o uwolnienie jednego z ich synów Tomka z choroby alkoholowej, co było również niesamowitym obciążeniem dla chorego. Podczas każdego mojego pobytu u chorego sięgałam sercem i duszą do Łagiewnickiej Kaplicy Adoracji i Serca Pana Jezusa w Hostii.  Ten pomost duchowy trwał nieprzerwanie.

Modliłam się „Jezu, jeśli jest Twoją wolą, żebym w Noc Bożego Narodzenia witała Cię w Sali chorych z Romkiem i również bardzo chorym 64-letnim Januszem, to nie będę rozpaczała za kolejną pasterką w kościele” – mówiłam w modlitwie, biegnąc przez szpitalne podwórko dzień przed Wigilią po godz. 17-ej na nocny dyżur do Romka. Gdy weszłam na salę, zauważyłam, że Romek ma bardzo płytki oddech. Przy żonie i synu Tomku obcięłam Romkowi paznokcie, umyliśmy go. Z radością i ufną wiarą obaj panowie wypili po łyżce wody przyniesionej przeze mnie z cudownego źródełka w Lourdes, przywiezionej i danej mi tego dnia przez moją pracownicę.  Ufnie mówiłam: Matko Boża prowadź ich do Jezusa. Zostałam sama z dwoma chorymi, ale i ufną wiarą w łączność z Jezusem Eucharystycznym całodobowo czuwającym z otwartym Sercem dla konających. Czułam też opiekę modlitewną ks. Piotra. Od wielu dni Romek nie kładł się, bo w pozycji leżącej nasilało się duszenie. O godz. 19.20 Romek oparł się jak ufne dziecko głową na moim ramieniu i cichutko odszedł do Pana.  Zmówiłam koronkę, a chory Janusz połowę różańca. Wtem Janusz zaczął odchodzić. Wysłałam go natychmiast do KzK. Pielęgniarka coś mu podała chyba wyciszającego.

Gdy zabrano po dwu godzinach ciało Romka do zakładu pogrzebowego, nie miałam żadnej wątpliwości, że Matka Boża zaprowadzi tej nocy do Syna również Janusza. Oboje z mężem żegnaliśmy się z Januszem, którego polubiliśmy. Na zroszonym potem czole zrobiłam mu znak błogosławieństwa. Podałam butelką z napojem. Mąż uścisnął mu dłoń, uścisk na całą wieczność. Odszedł do Pana o godz. 3 rano.

Z obejmowanych osób moją modlitwą 6 grudnia – Iwonka leży w hospicjum nadal nieprzytomna, a Marysia po kolejnej ósmej operacji wraca do zdrowia. Wszystko w Twojej mocy Chryste!

Dziękuję Panu Jezusowi za dzieła ARKi i ich wielką pomoc w posłudze konającym. Basi dziękuję za dar wspólnej modlitwy i ciągłe lekcje drogi z Jezusem.

Sabina.

***

Straż Adoracji Najświętszego Sakramentu, noc, 6 grudnia 2013.

6 grudnia, północ  i moja przeogromna radość. Przyjechałam z Lublina, by razem z Basią z Krakowa uczestniczyć osobiście w modlitwie przed Najświętszym Sakramentem w Kaplicy Wieczystej Adoracji. Byłam bardzo szczęśliwa, wkładając  białą kamizelkę z napisem Apostolat Ratunku Konającym. Tak bardzo pragnęłam podziękować Panu Jezusowi za tyle łask dla podopiecznych naszego hospicjum i mojemu towarzyszeniu odchodzącym w tym wyjątkowym odcinku życia. Dziękowałam za łaskę spowiedzi, Komunii Świętej i Sakramentu Chorych dla  zmarłej pod koniec listopada koleżanki Krystyny – dosłownie dzień przed śmiercią, po wielu latach jej obojętności wobec Pana Boga. Za szansę dla jej matki i córek ujrzenia  Bożego wymiaru ich życia i przystąpienia do Spowiedzi i Komunii św. z okazji pogrzebu. Pragnęłam też modlić się dla bardzo chorych na chorobę nowotworową Marysię, Iwonkę, Zdzisława i brata mojego męża  Romualda. Prosiłam, by Pan Jezus w  ich chorobie dał ulgę w cierpieniu i dla ich duszy ujrzenia Swojej Miłości w wymiarze wieczności. Także modliłam się za różnych konających w tym czasie.

Obie z Basią usiadłyśmy w ławce. Z zewnątrz dolatywały  odgłosy hulającego wiatru. Z duchowym namaszczeniem wpatrywałam się w otoczoną niewysłowioną jasnością Hostię Jezusa w Najświętszym Sakramencie i  płomień Ognia Miłosierdzia. Na samym początku adoracji ze wzruszeniem spojrzałyśmy z Basią na siebie słysząc bardzo wyraźny, dochodzący jakby z Monstrancji  głos bijącego Serca, znany mi z badania echa serca męża. Wyraźny głos bicia serca słyszałam przez kilkanaście minut, a mnie na myśl przyszło, że to kochające, szeroko otwarte, miłosierne Serce Pana Jezusa. Pomyślałam też o Sercu ks. Piotra i znaku błogosławieństwa  dla sensu tej,  jakże misyjnej pracy w dziele Bożego Miłosierdzia - ratowanie dusz na wieczność. Pomyślałam też o sercach osób zmarłych i tych,  których ziemskie bicia dobiega kresu. W intencji zdrowia ks. Piotra zmówiłyśmy Koronkę. Kolejną koronkę mówiliśmy wszyscy, gdy burza i wichura nasiliła się po godz. 3 rano. Tu nikogo z nas nie trzeba było by przekonywać o mocy modlitwy.

Na początku dłuższą chwilę siedziałam w modlitewnym milczeniu i słuchałam głosu Pana Jezusa, również w moim sercu, bo to On moje pragnienia i intencje zna bardziej niż ja sama. Zna moją drogę wzrastania w dziele rozumienia potrzeby ratunku dusz. Dał mi szansę i łaskę towarzyszenia umierającym. Czułam wielką potrzebę i sens mojej tu modlitwy. Sześć godzin minęło bardzo szybko, a ja cieszę się, że wielkim wsparciem dla umierających są dzieła ARKi.

Tego dnia (pierwszy piątek grudnia) o godz. 16-ej bardzo spokojnie zmarł Zdzisław w swoim domu przy kochającej żonie. Ze wzruszeniem w sobotę rano żona zmarłego dziękowała mi telefonicznie za moją i Basi modlitwę dla jej męża podczas  Adoracji  i wysłuchaniu jej przez Jezusa, za piękną i spokojną śmierć.   Prosiła o modlitwę o niebo dla męża.

Mam wielką duchową radość z istnienia tego pięknego dzieła ratowania dusz.

Sabina

+++

Straż Adoracji Najświętszego Sakramentu, noc, 6 grudnia 2013.

Noc bardzo wietrzna, szalał Orkan Ksawery, a mimo to Kaplica Wieczystej Adoracji nie świeciła pustkami. Tej nocy u stóp Pana Jezusa „nocowała” dość duża grupa bezdomnych. W niektóre noce przyjeżdżają grupy pielgrzymów i prowadzą swoje modlitwy przerywane pieśniami, tym razem było inaczej. Nasi śpiący spali spokojnie i niczym nam nie przeszkadzali przez całe 6 godzin czuwania.  Od razu pomyślałam o Ogrodzie Oliwnym, gdy uczniowie posnęli i Pan Jezus został sam. Przyszłyśmy z koleżanką z Lublina, by czuwać przy miłosiernym Sercu Pana Jezusa i przy sercu Konającego w intencjach tych wszystkich, którzy odejdą w najbliższym czasie do wieczności. W kaplicy odnalazłyśmy ciszę, spokój, zastanawiało mnie, że tutaj tak mało słychać szalejącą wichurę. Jedynie słychać było miarowe głośne bicie serca, jak z urządzenia nad łóżkiem umierającego w  szpitalu. Był to intensywny miarowy głos serca, najbardziej rzeczywisty!  Pomyślałam o tych, których serca jeszcze biją i już wkrótce ucichną. Ten dziwny odgłos ustąpił po jakimś czasie i zapanowała całkowita cisza. Modliłam się za ofiary tych wichur, za tych którzy w  najbliższym czasie z różnych powodów nagle stracą życie. Przed nami leżała nasza mała lista osób, w intencji których szczególnie modliłyśmy się tej nocy. Zresztą te imiona zostały napisane na karteczkach i włożone do koszyka,  pozostawione tam na całą dobę.

Około 3.15 nagle błysnęło się za kolorowymi szybami, ‘rąbnął’ gdzieś niedaleko piorun i zerwał się tak mocny wicher, że któraś z wystraszonych i obudzonych osób głośno wezwała do wspólnej koronki do Miłosierdzia Bożego. Mówiąc tę koronkę uspokoiło się zupełnie już po pierwszej dziesiątce, a chwilę wcześniej wydawało się, że wicher porwie nas z całą Kaplicą i prosto z  Panem Jezusem ulecimy stamtąd. Żadna z nas nie czuła lęku i zagrożenia, jak to dobrze być przy Panu Jezusie, jak to bezpiecznie! O takie odczucia dla konających prosiłyśmy!

Barbara

+++

24.XI. A.D 2013, Niedziela

Pragnę się podzielić moim doświadczeniem i radością dotyczącą łask płynących z posługi miłosierdzia Apostolatu Ratunku Konającym.

Tutaj jest szansa zgłaszania naszych konających, przy których często nie ma rodziny, lub  rodzina jest niewydolna duchowo i nie potrafi pomóc, jak w przypadku wczoraj zmarłej 53-letniej Krystyny z Lublina.   Od kilku miesięcy choroba nowotworowa rozsiewała się po całym organizmie.  Totalny ból fizyczny w ostatnim okresie narastał z każdym dniem. Znałyśmy się jedynie na gruncie zawodowym i postanowiłam ją odwiedzić. Nic nie wiedziałam o jej relacji do Boga. Już przy pierwszej mojej wizycie w domu jej matki, u której zamieszkała w ostatnie tygodnie choroby, przekonałam się o ich życiu daleko od Kościoła i sakramentów.  Kiedyś jej mama, a teraz córki mające dzieci, są w niesakramentalnych związkach. Wyszłam stamtąd z myślą jak im pomóc, zwłaszcza odchodzącej Krystynie. W rozmowie z koleżanką z Krakowa ustaliłyśmy, że jej imię zostanie włożone do koszyczka na całe 24 godziny adoracji pierwszo-piątkowej w listopadzie. Zgłaszałyśmy ją do KzK.

Cudem udało się umieścić Krysię jeszcze przytomną na dwa dni przed śmiercią w hospicjum, co mogło być nadzieją na spotkanie  z kapłanem.   Sama poprosiła ks. Józka – naszego kapelana o „wszystko kompleksowo”, spowiedź, Komunię św. i sakrament chorych. A było to w  piątek rano.   Po tej niewysłowionej łasce Pana, w której było mi dane uczestniczyć, pobiegłam do pracy. Ks. Józek dał jej „Modlitewnik Apostolstwa Dobrej Śmierci”. Nafaszerowana przeciwbólowymi lekami mogła się z modlić. O godz. 15 zastałam ją szczęśliwą.   Mówiła do mnie, że jest szczęśliwa, choć ciało było już prawie konające. Na drugi dzień, w sobotę  obie z Basią, koleżanka z Krakowa,  towarzyszyłyśmy jej modlitewnie w odchodzeniu do Pana. W sobotę przed południem dostała krwotok i zaczęła się agonia. Była już nieprzytomna.  Została znów posłana do Koronki za Konających.   Tymczasem ja tego dnia byłam u ciężko chorego szwagra w odwiedzinach 100 km od Lublina i nie mogłam być przy niej.  Mogliśmy tam zostać na noc, jednak czułam, że powinnam wracać do Lublina. Wyruszyliśmy w  drogę do Lublina, gdy od czterech godzin trwała agonia. Zdążyłam przyjechać, a Krysia jeszcze żyła.  Już od dawna przy niej paliła się świeca i pielęgniarka odmówiła koronkę.   Ogromne było zdziwieniu pielęgniarek, matki i córki,  bo Krystyna po tylu godzinach nieprzytomności odzyskała świadomość  na moje słowa: Krysiu już jestem, wiem, że na mnie czekałaś. Świadomie odpowiedziała: tak Sabinko, oczywiście, na ciebie czekałam! Ona świadomie potwierdziła „tak, Sabinko, oczywiście, że tylko na ciebie czekałam”. Dałam jej swój różaniec.  Świadomie obejrzała i tuliła go. Basia tymczasem modliła się przy zapalonej świecy przy ikonach MBNP i MB Częstochowskiej  w swoim domu w Krakowie, a ja pod MB Częstochowską w Sali umierającej Krysi w Lublinie. Klęcząc przy jej łóżku modliłam się aż do spokojnego momentu odejścia o 20.18. Dusza, jak motyl z kokonu  odleciała ze sponiewieranego chorobą ciała.

Nie skończyło się na cudzie nawrócenia Krystyny w  ostatnim momencie, lecz także mama, i obie córki Krystyny po wielu latach przystąpiły do spowiedzi i Komunii św.

Pan Bóg nas zaskakuje  niewysłowionym dobrem, cierpliwością i miłosierdziem, najbardziej nieprawdopodobnymi scenariuszami, nawet w sytuacji po ludzku beznadziejnej.

Sabina

+++

Chciałam się podzielić moimi przeżyciami z wczoraj. Kiedy koło południa byłam w Bazylice MB, widziałam klimat przygotowań do spotkania naszej młodzieży pod kątem Rio. W Bazylice mnóstwo flag różnych krajów i telebim.  Wybrałam się wieczorem na 21.30 do Centrum Jana Pawła II na Mszę św. z młodymi. Ogromnym świadectwem jest obecność tylu młodych Polaków przyjezdnych pomimo upałów, zobaczenie tak pięknej i skromnej młodzieży oraz ich rozmodlenie i skupienie. 
A w nocy oglądnęłam po powrocie transmisję z Rio. By nie usnąć zabrałam się za pewne poprawki na ikonach, by się obudzić na dobre, ale gdy przeszli do następnej części spotkania o 1.30, przerwałam moje zajęcie. Włączyłam się w modlitwę młodych z  całego świata. Była to Adoracja Najświętszego Sakramentu. Nieprawdopodobne przeżycie.  Monstrancja jak słońce, pokaźnych rozmiarów, Ojciec Św. w prostych i bardzo pięknych słowach mówiący do Pana Jezusa, łzy w  oczach i na policzkach wszystkich zgromadzonych, rozmodlenie, skupienie. Młodzi artyści śpiewali swoje modlitwy, niektórzy z gitarami w ręku, klęcząc przeważnie po dwóch u stóp Pana Jezusa. A kiedy na koniec o 3 w nocy Ojciec Św. błogosławił długo i na wszystkie strony, rozlegały się spontaniczne gromkie oklaski. Niesamowita reakcja młodego tłumu, oklaski dla Pana Jezusa!  To była najpiękniejsza część spotkania w Rio!

27.07. A.D.2013

+++

Piątek rozpoczął się nocnym czuwaniem o północy w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Kaplicy Adoracji. Ksiądz Piotr podczas Mszy św. we środę za tych, którzy odeszli z dzieła Koronka za konających, zapowiedział po raz pierwszy adorację, które będą się odbywały w pierwsze piątki miesiąca przez całe  24 godziny w intencjach tych, którzy odejdą w najbliższym czasie. Adoracja Najświętszego Sakramentu ma miejsce  w Kaplicy Adoracji w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego.   Wybrałyśmy się z sąsiadką  Krysią, by rozpocząć tę adorację. Ciepły spokojny wieczór i modlitwa do Aniołów Stróżów o towarzyszenie nam w drodze odebrały jakikolwiek lęk podczas nocnej wędrówki. W kaplicy jakaś kilkunastoosobowa grupa modliła się w głos. Bardzo ładnie się modlono i ku mojemu zaskoczeniu cytowano Dzienniczek Siostry Faustyny. Szybko wciągnęłyśmy się w ich głośne modlitwy i śpiewy. Wybrano właśnie fragment i odczytano, który sobie rano otwarłam i o nim w drodze opowiadałam Krysi. Byłam tym zaskoczona. A dotyczył on siostry Faustyny w szpitalu na Prądniku, gdy dawane jej było w duszy poznać, że jakiś umierający potrzebuje modlitewnej pomocy. Pokój w nią wstępował niekiedy już podczas odmawianego Zdrowaś Maryjo, innym razem potrzebna była cała koronka, a czasem i więcej. Na drugi dzień dowiadywała się, że ktoś odszedł dokładnie o tej porze, gdy odzyskiwała pokój. Dotyczyło to osób ze szpitala, w którym przebywała, a także ludzi nawet w odległości 300 km. Wielce wielką radością było usłyszenie modlitw w oparciu o cytowane słowa z Dzienniczka w Dziele Pokutnym i Koronce za Konających na stronie Dzieła w Internecie. Jak to Duch Święty prowadzi! Osoby, które nie miały pojęcia, że zaczynają się modlitwy w intencjach tych, którzy w najbliższym miesiącu odejdą, a potrzebują naszej pomocy, modliły się tak, jak gdyby przygotowały specjalnie na tę okoliczność swoją adorację. Dziękowałam za to Panu Jezusowi, że sam zadbał o modlitwę taką, a nie inną. Serce moje  dużą radością było rozpierane, że pomimo zmęczenia całym dniem, nie miałam wrażenia, że jestem w kaplicy tyle czasu i nie odczuwałam senności. To łaska, za którą dziękuję! O 1.30 zrobiono przerwę. Wśród modlącej się parafii z Makowa Podhalańskiego rozpoznałam Basię z Faustinum. To ona przygotowała tę adorację. Jak się okazało, jest w dziele KzK, ale o innych inicjatywach ją poinformowałam i o rozpoczynającej się comiesięcznej adoracji dwudziestoczterogodzinnej. Także ona się ucieszyła, że dane było osobom z jej parafii właśnie tego dnia być w Krakowie na adoracji Najświętszego Sakramentu. Pan, który również prowadził adorację, w pewnej chwili zwrócił się w modlitwie w intencjach, z którymi przyszły "te panie", czyli my.

Wracałyśmy do domu, ale Basia z Makowa obiecała, że Drogę Krzyżową, która właśnie miała być odmawiana przez ich grupę, ofiarują w tej właśnie naszej intencji. Tak się cieszyłam, że do czwartej w nocy modlitwa była przez nich prowadzona. A całą adorację w intencji umierających zaaranżował sam Pan Jezus. Tak namacalnie odczułam, że jest to dzieło Boże, jest to kontynuacja poleceń danych siostrze Faustynie przez samego Pana Jezusa.  Dziękuję Panu, że mogę uczestniczyć w Dziele Pokutnym, za siły i możliwości uczestniczenia w pierwszej Mszy św. w intencji tych, którzy byli omadlani koronką w dziele Koronka za Konających i już odeszli oraz w tej pierwszej adoracji za tych, którzy w najbliższym czasie zostaną powołani do przekroczenia progu tego życia. Chwała Panu!

BG, 06.07.A.D.2013

+++

Szczęść Boże. Dziś niezbyt optymistycznie- Adrian zrobił kupę w pieluchę przy zasypianiu i spał z nią 3 godziny. To jak zaproszenie bakterii do uczty w jego układzie moczowym. Zawsze go myje jak najszybciej mydłem po każdej kupie, a tu taki klops. Nigdy Adusiowi się to jeszcze nie zdążyło. Czuję się jak Tobiasz, który poszedł spać pod jaskółczym gniazdem i sam sobie narobił kłopotu- za mało czujności:/ . Dziś byłam taka pewna jego zdrowia i pełna radości po mszy i znów pokazał się ten pech.  Adrian zawsze zaskakuje w taki sposób np: zakażenie + wypadnięcie pęcherza przez stomię na raz = uszkodzenie nerki, które i tak są uszkodzone prenatalnie i przez to nie chcą rosnąć(+ kolejna operacja); albo po 8 miesiącach bez zakażeń dostał zakażenia tuż przed badaniem urodynamicznym w Wa-wie (mocz badany niecałą dobę wcześniej był OK) i wtłoczyliśmy mu te bakterie pewnie do nerek, bo się okazało później, że ma dalej odpływy pęcherzów

o - moczowodowe :/ . Adrian ma tak nieszczęśliwie zrobioną tą przetokę, że nawet stać bez mocno zapiętej pieluchy nie może bo mu pęcherz wychodzi na wierzch. Jak mu zjedzie pielucha albo jak zacznie sie śmiać to mu pęcherz podkrwawia,a następnego dnia ma zakażenie. Zaszyć się mu nie da przetoki, bo nie można zrobić badań, bo nie umie sikać (bo z przetoką supertrudno sie nauczyć), już nie mówiąc,że nawet z kupą idzie ciężko, jakby układ nerwowy jeszcze nie był dojrzały do tego. Więc o sikaniu w ogóle nie ma mowy. No i jeszcze niezniszczalna bakteria szpitalna, wytwarzająca otoczkę, przez którą nie dostają się do niej antybiotyki, a która odzywa się przy każdym niewielkim osłabieniu organizmu (a bardzo mocny antybiotyk dożylny w szpitalu, działa tylko doraźnie). Przez to wszystko izoluję go od dzieci, a na placu zabaw w lecie tylko patrzę czy jakieś nie kicha. Nawet wziąć go do Kościoła strach. Jakby chodził za nim jakiś pech - ten demon, który mordował mężów Sary - tak ten czyha na zdrowie Adriana. Choćbym nie wiem co robiła :(

Szczęść Boże,

Aduś dziś w dobrym nastroju, już umówiliśmy się na jutrzejsze oglądanie dzwoniących dzwonów przed mszą. badanie moczu wyszło dobrze - bakteria, którą dostaliśmy w szpitalu przy operacji, a której w medyczny sposób pozbyć się nie da, uśpiona, albo już się z nią Pan Bóg rozprawił. Dziękujemy za modlitwę.

04.06.A.D.2013

+++

Witam serdecznie,

właśnie dostałam zdjęcie Kasiuni zrobione dzisiaj w domku. Widać, że Kasiunia jest szczęśliwa, ale każdy byłby szczęśliwy wracając do domu ze szpitala. Kasia w piątek skończyła kolejna serię chemioterapii. Wszystko przebiegło dobrze, ale organizm Kasiuni mimo, że niezwykle silny, to już jest słabszy i 01.maja Kasia miała podawane płytki krwi, które spadły niebezpiecznie nisko i ich ilość nie zaczęła się zwiększać. Jest to niebezpieczne i grozi wewnętrznym wylewem, na skórze widoczne są wybroczyny. Płytki krwi i sama krew została  podana Kasi w Białymstoku na onkologii, żeby nie transportować dziecka do W-wy w takim stanie. Przy niskim poziomie płytek nawet ostrzejsze zahamowanie samochodu grozi wylewem i śmiercią. Na szczęście wyniki poprawiły się i Kasia mogła przyjąć następną chemię. Jak mówią w CZD - Kasia jest bardzo silna, bo niektóre dzieci mają słabe wyniki już przy pierwszej chemioterapii.
  W Białymstoku miało miejsce ważne wydarzenie. Okazało się, że tego samego dnia po raz pierwszy przyszła do pracy pielęgniarka, która pracowała dotychczas w Centrum Zdrowia Dziecka i opiekowała się tam Kasią w trakcie Jej pobytów. Ze względów prywatnych przeniosła się do Białegostoku i tu przywitała Kasię z Rodzicami, którzy pojawili się ze względu na złe wyniki krwi Kasi. Okazało się, że na onkologii w Białymstoku chciano podać Kasi "coś" - jakiś lek - do końca nie wiem - który byłby groźny dla jej zdrowia i życia. Ta właśnie znajoma pielęgniarka zwróciła delikatnie uwagę, ze nie wolno tego zrobić. Dzięki Jej obecności Kasia uniknęła być może czegoś groźnego, a sama pielęgniarka powiedziała, ze Anioł czuwa nad Kasią. Mama Kasiuni od razu potwierdziła, że przy takiej ilości modlitwy za Kasiunię, nie jest możliwe, żeby Kasia nie była pod Bożą opieką. 
      Tym samym jeszcze raz dziękuję w imieniu Rodziców Kasi i swoim za Waszą modlitewną, pamięć i wstawiennictwo. Mama mówi, że Kasiunia bardzo urosła, jest silna i pięknie mówi. Jej szczebiot słyszę przez telefon i jest to piękny głosik, piękne słowa. Rozwija się pięknie i oby tylko jak najmniej boleśnie i bardzo łagodnie przechodziła dalszą terapię.
Od Kasiuni przesyłam słodki uśmiech ze zdjęcia i buziaki, które często przesyła mi całując soczyście telefon :-) 

Niech Bóg ma Was i waszych bliskich w swojej opiece, a Maryja tuli mocno w ramionach.
pozdrawiam
Marysia Oniszczuk

+++

Szczęść Boże,

Chciałabym podziękować wszystkim osobom, które uczestniczyły w modlitwie w intencji zdrowia mojego nienarodzonego dzieciątka. 6 marca 2013 r. urodziłam mojego synka Dominika, który jest ZDROWY. Ciąża była bardzo zagrożona, w trakcie jej trwania okazało się, że dziecko może mieć zespół DOWNA. Potem bardziej szczegółowe badania częściowo wykluczyły wadę genetyczną, ale tak naprawdę do końca nie było pewności czy dziecko będzie zdrowe. Dlatego tak bardzo prosiłam o modlitwę i wsparcie duchowe o łaskę zdrowia dla mojego Maleństwa, bo wierzę, że Bóg wszystko

może. I tak się stało. Mam zdrowego synka, który pięknie rośnie i jest naszym prawdziwym Cudem. Ja również czuje się bardzo dobrze. Przed ciążą wiele lat leczyłam się na depresję, a w stanie błogosławionym i teraz po porodzie czuje sie bardzo dobrze. Dzięki temu mogę karmić piersią i zajmować się moim dzieciątkiem tak jak potrafię najlepiej.  Mam nadzieję, że Miłosierny Pan wynagrodzi wszystkich potrzebnymi łaskami za
modlitwę w mojej intencji i mojego synka Dominika.

Iwona, Niedziela Miłosierdzia A.D.2013 

 

+++

Witamy,

Jesteśmy rodzicami obecnie 4-miesięcznego Adasia. Nasz synek urodził się 6 tygodni przed planowanym terminem i ważył tylko 1700g. Dodatkowo tydzień przed porodem dowiedzieliśmy się, że ma wrodzoną wadę serca (tetralogię Fallota, VSD). Dla nas młodych rodziców było to ogromnym szokiem. Prowadzimy zdrowy tryb życia, bez żadnych używek, dlatego byliśmy przekonani, że dziecko urodzi się zdrowe, w terminie, i że od razu będziemy mogli zabrać je do domu. Jednak stało się inaczej.

Już w trakcie ciąży zaczęły się pierwsze komplikacje. Ania była dwa razy w szpitalu na podtrzymaniu ciąży. Wtedy to nasza Ciocia S. Stefana ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach zorganizowała 4-tą grupę modlitewną, która za wstawiennictwem Bł. Jana Pawła II modliła się od 15.10.2012 do 23.11.2012 za Adasia. Następnego dnia po zakończeniu modlitw nasz synek szczęśliwie przyszedł na świat.

Adaś spędził pierwsze półtora miesiąca swojego życia w klinice na oddziale intensywnej opieki dla wcześniaków. Gdy nabrał sił, dostaliśmy go wraz z monitorem pracy serca do domu. Byliśmy pełni obaw, a jednak bardzo szczęśliwi, że wreszcie jest razem z nami. Trwało to zaledwie 10 dni. Po wizycie kontrolnej u kardiologa okazało się, że operacji serca nie można już dłużej odwlekać. Operacja odbyła się 28 stycznia 2013, wada serca została skorygowana i wszystko odbyło się bez większych komplikacji. Dzisiaj nasz skarb ma już 4500g i rośnie jak „na drożdżach”.

Dziękujemy Panu Bogu oraz całej 4-tej grupie za poświęcenie i modlitwę, dzięki którym możemy się cieszyć naszym teraz już zdrowym synkiem.

Bóg zapłać!

Ania i Marek L. z Monachium

München, 02.04.2013.

+++

Witam! Mam na imię Beata. Chcę napisać moje pierwsze w życiu świadectwo, więc może to wyjść trochę nieudolne. Dotyczy mojej Mamy. Mama jest starszą panią (ma 77 lat) i od 1,5 roku leczyła się na tarczycę. Wizyta u lekarza zaczęła się od złego samopoczucia, trochę "rozjechanych" hormonów i obrazie usg tarczycy - wskazującym na stan zapalny oraz jej bardzo małe rozmiary (ok. 5 ml) - wskazujących na niedoczynność tarczycy na skutek choroby hashimoto. Lekarz zaaplikował lekarstwo i kazał kontrolować wyniki hormonów. A hormony zaczęły "skakać", bardzo trudno było je wyregulować. Lekarz podejmował coraz to dziwniejsze decyzje o leczeniu - to zwiększał, to zmniejszał dawki (to kazał sobie samemu dopasować dawki do samopoczucia), to zmieniał całkiem leczenie (inny hormon lub lek dwuskładnikowy). A samopoczucie Mamy też na tym szwankowało (okrutna senność, rozbicie). Leczyła się tak Mama wspomniane wyżej 1,5 roku. W X 2012r. Lekarz w końcu rozłożył ręce i powiedział, że nie ma czym leczyć, nie potrafi. Mama trafiła do kolejnego który podjął drastyczną decyzję w leczeniu (tak na moje oko tzn. na ile ja się w tym orientuję bo też mam problemy z tarczycą) i kazał Mamie łykać dziwną kombinację leków. Po takiej kuracji - 6 tygodniowej - hormony już całkowicie wymknęły się spod kontroli.

Wtedy zgłosiłam prośbę o modlitwę w intencji mojej Mamy do Dzieła Pokutnego. Modliła się za nią grupa XXIV w okresie od 08.12.2012r. do 16.01.2013r. W międzyczasie Mama udała się do kolejnego, trzeciego już z kolei lekarza endokrynologa na konsultację (w dniu 09.01.2013r.) i podczas badania usg okazało się, że tarczyca jest dwa razy większa (ma ponad 10 ml)! Ma niewielkie zmiany ale po przeglądnięciu całej historii choroby i poprzednich wyników (łącznie z tymi przed podjęciem leczenia) lekarz stwierdził, żeby odstawić całkowicie hormony syntetyczne i będziemy kontrolować sprawę.
Kazał powtórzyć wyniki po 6-7 tygodniach i skontaktować się z nim telefonicznie. Po tym czasie okazało się, że hormony "pojechały za daleko w drugą stronę" ale po konsultacji lekarz stwierdził, żeby odczekać kolejne 7-8 tygodni i ponownie zrobić badanie. Po tym czasie - hormony się ładnie wypośrodkowały i póki co lekarz nie widzi powodu żeby leczyć tarczycę. A największe zdziwienie budzi rozmiar tego gruczołu który zwiększył się podwójnie i nie wynika to z jakiejś patologii.

Niech uważają jak chcą, dla mnie to cud i wdzięczna jestem za ten widzialny dla mnie znak Bożego działania. Bogu niech będą dzięki! 

Wielki Piątek, 29.03. A.D.2013

+++

Nazywam się Anna i to ja prosiłam o modlitwę za naszego kolegę 42-letniego Mariusza K. Tę modlitwę podjęła grupa IV dziecięca, tj.Ala, Sebastian, Antek, Wiktoria, Julia i Michał. Bardzo dziękuję tym dzieciom, które dla mnie i dla tych, którym o nich powiedziałam, są kimś wspaniałym. To jest duży trud, taka wytrwałość w modlitwie, a tym bardziej, że nie znają mojego kolegi. Mariusz ma    42 lata i jest tatą 7 dzieci, wśród których są też dzieci w wieku tych z grupy IV. Jest np. 10 letnia Zosia i 9 letni Adaś, który w tym roku przystąpi do I komunii świętej. Byliśmy u Mariusza w poprzednią sobotę, aby u niego odprawić niedzielną Mszę św., ponieważ on sam jest leżący, a jego żona nie może od niego odejść, nie są więc w stanie uczestniczyć w niedzielnej Eucharystii. Powiedziałam wtedy o modlitwie dzieci za niego, a on się ucieszył i podziękował, chociaż był bardzo słaby. Był wtedy po II chemii, która go bardzo osłabiła. Wczoraj w sobotę byliśmy z księdzem  po raz kolejny z Eucharystią. Po drodze mijaliśmy wracającą od niego karetkę z hospicjum i nawet zastanawiałam się, czy chory będzie się nadawał do przebywania z nami przez conajmniej 2 godziny, czy nie będzie zbyt słaby.  Mariusz w czwartek dostał  nową chemię / 1 opakowanie za darmo nowatorskiego leku za 10.000,-które powinno wystarczyć na tydzień, a przy mniejszych dawkach na 2 tygodnie/ i był dużo żywszy. Nawet zwracał uwagę swoim dzieciom, aby nie opierały się o stół, na którym był utworzony ołtarz...Myślę, że modlitwa dzieci bardzo już pomogła, że jest troszkę silniejszy, że zjadł z nami kolację i że dostał nadzieję na nowatorskie leczenie. A skoro dzieci cały czas się modlą w jego intencji, to na pewno znajdą się też dobrzy ludzie, którzy pomogą sfinansować zakup kolejnej porcji lekarstwa. Mam nadzieję, że dzięki modlitwie dzieci Pan Bóg daje nadzieję w naszych sercach na to, że Mariusz nadal będzie wśród nas, przecież tak bardzo potrzebują go dzieci,żona i my wszyscy. I wierni w kościele w jego parafii w Jarosławicach, bo był tam nadzwyczajnym szafarzem...
BARDZO WAM DZIECI DZIĘKUJĘ.
W FUNDACJI GWIAZDA NADZIEI Mariusz ma założoną stronę i są tam zdjęcia jego i jego rodziny, może macie chęci zobaczyć, za kogo się modlicie.
Chociaż mieszkamy w Radomiu, bywaliśmy w Łagiewnikach bardzo często. Mam 7 letniego synka Jasia, który w wyniku choroby nowotworowej 4 lata temu stracił oczko. Był leczony w Szpitalu Okulistycznym na Kopernika, a w Prokocimiu przez 7 miesięcy dostawał chemię. Przez ostatnie kilka miesięcy jeździliśmy  na badania do  Krakowa co 3 tygodnie, ponieważ były obawy, że są przerzuty.  Na razie dzięki Panu Bogu spokój. Następna wizyta w maju. Wspomnijcie czasem Panu Bogu również o moim Jasiu... Bardzo dziękuję za wszystko i serdecznie Was pozdrawiam.
Anna K. z Radomia, 17.03. A.D.2013

+++

Stan zdrowia Maćka dalej się poprawia. Wraca wzrok, chociaż wciąż jest jeszcze bardzo słaby. Moja siostra mówi, że ta choroba była im bardzo potrzebna, ponieważ ich życie zmieniło się. Maciek prosi rodziców o pomoc w podwiezieniu do kościoła, bo chce skorzystać z Sakramentu Pokuty i Pojednania. Nigdy do tej pory nie odmawiali całą rodziną różańca czy też Koronki do Miłosierdzia Bożego. Jak paciorki różańca są złączone, tak różaniec łączy całą rodzinę w koło, a przy różańcu zawsze jest krzyż. Siostra moja mówi, że krzyż dopasowany ma do swoich pleców. Jeszcze raz Bóg Zapłać całej grupie modlitewnej, za wszystkie łaski uproszone u Miłosierdzia Bożego. I proszę, gdy jest to możliwe o dalsze wsparcie modlitewne Maćka i jego rodziny.

Mnie również od listopada ubiegłego roku czwartkowe Msze św. i nabożeństwo o 17tej, jak również codzienne odmawianie Koronki do Bożego Miłosierdzia, pomogły zbliżyć się do Boga, dodały sił i spokoju na każdy dzień. Tego się nie da opisać, tego każdy musi sam doświadczyć. Bóg zapłać,
Zofia, 11.02. A.D.2013

+++

Jestem mamą dwu i pół letniego Adriana, (za którego modliła się i umartwiała Grupa IX). Zwróciłam się do Was o modlitwę w trakcie walki z zakażeniem bakterią szpitalną. Wróciliśmy właśnie z badań z CZD, które pokazały, że jest źle mimo przetoki. Jestem jednak zadowolona z badań, bo wreszcie pokazują rzeczywistość i skłaniają lekarzy do działań. Do tej pory badania nie wychodziły a zagadką było, czemu nerki nie chcą rosnąć. Teraz wiemy, dlaczego. Syn jest już zapisany na pierwszy mały zabieg na luty, potem czeka go operacja zamykania przetoki, która źle działa, a potem...a potem potrzebny jest cud (mianowicie ochrona nerek) - więc się pewnie do Was jeszcze zgłoszę.
Serdecznie dziękuję za modlitwę za Adriana. Jestem naprawdę za nią bardzo wdzięczna. Dodała mi ona sił, ale i pokory. Dziękuję za wasze serce, umartwianie się i modlitwę. Uśmiech sam ciśnie się na usta. Za równy tydzień w poniedziałek w CZD w Warszawie czeka nas mały zabieg z usypianiem - obstrzykiwanie moczowodów. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze.
28.01. A.D.2013, Ewa

+++

Ojciec Małgorzaty pragnie podziękować Grupie Dzieła Pokutnego, która 40 dni wynagradzała Najświętszemu Sercu Pana Jezusa postem i modlitwą w intencji o nawrócenie się i rezygnację z życia w konkubinacie córki Małgorzaty. Od stycznia 2013 związek ten został rozerwany, za co wyrażam serdeczne podziękowanie Panu Bogu i składam je na ręce Ojca Duchowego i wszystkich Uczestników Dzieła Pokutnego. Wdzięczny Wiesław, 22.01. A.D.2013

+ + +

ŚWIADECTWO O OTRZYMANEJ ŁASCE

Grupa XXII od dn. 19.11 do 28.12 A.D. 2012 modliła się sie o ulgę w cierpieniu dla pani Ewy, która w szpitalu miała ciężki zabieg.

Pani Ewa umocniona świadomością, że Grupa Pokutna modli się, pości i wyprasza łaski dla niej, za wstawiennictwem O. Stanisława Papczyńskiego, zniosła ze spokojem wszystkie cierpienia, nie bała się, że coś złego może się jej zdarzyć, czuła się broniona i za te wszystkie łaski dziękuje Miłosierdziu Bożemu.

Pani Ewa składa to świadectwo, aby każdy zaufał Jezusowi.

04.01. A.D.2013

+ + +

Szczęść Boże,błogosławieństwa Bożego na cały okres świąteczny oraz każdy dzień Nowego Roku, dużo siły, wytrwałości w posłudze kapłańskiej.


Składam księdzu Bóg zapłać za modlitwy oraz msze święte odprawiane w intencji Maćka chorego na nowotwór mózgu. Kiedy zgłosiłam się o pomoc do siostry S. oraz księdza, Maciek był w bardzo ciężkim stanie i po 3 chemiach, guz ciągle rósł i utrudniał widzenie. Był aktualnie po dwóch atakach ciężkiej padaczki w ciągu jednego dnia i leżał na OIO-mie. Nie mógł wstać o własnych siłach z łóżka. 

Już po odprawieniu pierwszej mszy przez ks. P. stan zdrowia zaczął sie stabilizować. Wróciła radość na twarzy Maćka, a co za tym idzie, stopniowo siły. 
Jego rodzice również odzyskali spokój, pozbyli się lęku o to, co przyniesie kolejny dzień.
Maciek tak dobrze się poczuł, że został zakwalifikowany na czwartą chemię. Każdą bardzo ciężko znosił, a tę nie.

Codziennie sam prosi rodziców, by odmawiali z nim różaniec i Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Siostra mówi, że ostatnio dziękował im za wszystko, co dla niego zrobili. Maciek zmienił się nie do poznania. Moja siostra mówi, że ta choroba była im bardzo potrzebna, dla całej rodziny, ponieważ przybliżyła ich do Boga oraz ludzi. Dlatego składam jeszcze raz Bóg zapłać księdzu oraz Dziełu Pokutnemu za modlitwę w imieniu Maćka, jego rodziców oraz swoim, życząc wszystkim błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia od Dzieciątka Jezus.

Zofia K., 25.12. A.D.2012

+++

ŚWIADECTWO O KASI 

Pragnę podzielić się WIELKĄ RADOŚCIĄ z uczestnikami Dzieła Pokutnego, a szczególnie z dziećmi z grupy św. Dominika Savio.

            "Nasza Kasiunia" chora na nieoperacyjny guz mózgu w Centrum Zdrowia Dziecka przeszła podstawowe badania i wyniki krwi ma jeszcze lepsze niż zrobione w ubiegłym tygodniu. Wszystkie parametry mieszczą się w granicach przewidzianych dla zdrowej osoby, a niektóre są znacznie powyżej minimalnych. Przed chemioterapią -  Kasiunia miała robioną tomografię i wyniki są WSPANIAŁE!!! Guz ZMNIEJSZYŁ SIĘ O POŁOWĘ!!!! MIŁOSIERNEMU BOGU PRZEZ WSTAWIENNICTWO ŚW. DOMINIKA SAVIO NIECH BĘDĄ DZIĘKI!!!

        Pani doktor powiedziała rodzicom, że można się cieszyć z takich wyników... bo chemia ta nie wyniszcza organizmu tak jak by mogła.              

         Serdecznie Wam wszystkim dziękuję w imieniu Rodziców Kasi za modlitwę i wyrzeczenia. Wasza modlitwa okazała się bezcenną dla Kasi, a Pan Jezus Miłosierny wysłuchał waszych błagań...

         Pozdrawiam serdecznie i życzę wszelkiego dobra od Miłosiernego Boga przez wstawiennictwo i przy czułej opiece Maryi.

Marysia O., 25.01. A.D.2013

Grupa I. Dziecięca: Św. Dominika Savio
Intencja: O cud uzdrowienia z nowotworu mózgu dla półtorarocznej Kasi
Start Postu i Modlitwy 40 Dni: 29.10. A.D.2012
Koniec: 07.12. A.D.2012

+++

ŚWIADECTWO ANIMATORKI

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!

Nazywam się Krystyna P. i jestem Animatorką III Grupy Patronki św. Siostry Faustyny składającej się z "6-tki" uczestniczek. Od dnia 03.09. A.D.2012 rozpoczęłyśmy 40 Dniowy Post i Modlitwę w Dziele Pokutnym w Intencji otrzymanej od naszego Ojca Duchowego: o całkowite wypełnienie się Woli Bożej i o potrzebne łaski w utworzeniu dzieła: Koronki za Konających w Godzinę śmierci. Nasze modlitwy i umartwienia wynagradzające Najświętszemu Sercu Pana Jezusa zostały wysłuchane. Dziękujemy Panu Bogu i Matce Najświętszej za tę Wielką Łaskę. Wszystkie Uczestniczki III Grupy są bardzo szczęśliwe i bardzo zanurzone w modlitwie. Chwała Panu za to Wielkie Dzieło.

Szczęść Boże. Bóg zapłać za wszystko. Krystyna P.

+++

ŚWIADECTWO MATKI W STANIE BŁOGOSŁAWIONYM

Szczęść Boże,

 nie potrafię wyrazić mojej wdzięczności za wsparcie modlitewne 
i duchowe dla mnie i mojego synka, który przyjdzie na świat w marcu 2013r. 
Obecnie jestem w 23 tygodniu ciąży tj., początek 6 miesiąca. Mam nadzieję, że 
już dotrwam do końca i nie spotka mnie przedwczesny poród. Dzięki wsparciu 
modlitewnemu Grupy łatwiej było mi przetrwać trudne chwile i znaleźć siłę do 
walki o dziecko. Wydaje mi się, że Duch św. pokierował mną, że mogłam 
wyspowiadać się u ks. Piotra i włączyć się do Grupy. Zaraz po tym zaczęły 
sie komplikacje, krwawienia szpitale i walka o dzieciątko. Potem jak 
sytuacja wydawała się opanowana i ciąża utrzymana, okazało się, że Maleństwo 
może mieć zespół Downa. Kolejny szok i stres nie do opisania. Zdecydowaliśmy 
się z mężem, na badanie płynów płodowych, by określić liczbę genów wg 
zaleceń lekarzy. Konsekwencją był kolejny krwiak, wypływanie płynów 
płodowych i znowu szpital. Dziś mamy wyniki i prawdopodobnie dziecko jest 
ZDROWE. Po tych ogromnych przeżyciach z Panią Agnieszką nazwałyśmy go 
Wojownikiem :). Ponadto cała moja rodzina zjednoczyła sie w modlitwie, 
zaczęła się nawracać, po to by ubłagać Boga o łaskę zdrowia dla dzieciątka. 
To było niesamowite, wszystkich prosiłam o pomoc w modlitwie i nikt mi nie 
odmówił, a dzięki temu dla samych tych osób okazało się to zbawienne. 
Dlatego moje dziecko naprawdę jest wyjątkowe już dziś. Ja nawet pogodziłam 
sie po 6 latach z kuzynką, z która byłam zagniewana o prozaiczne pieniądze. 
Dziś spotykamy sie regularnie, wspieramy i nadal modlimy się sie o zdrowie 
mojego dzieciątka. 
Obecnie jestem cały czas na L4, nie mogę wrócić do pracy, ponieważ po każdym 
większym wysiłku mam bóle brzucha, obrzęki nóg, albo bóle w pachwinach. 
Dlatego staram się odpoczywać i modlę sie każdego dnia by dotrwać, chociaż do 
35 tygodnia ciąży, by mały był dobrze rozwinięty, bo każdy jeden dzień w moim 
brzuszku jest na wagę złota. 
Teraz z mężem wybieramy imię, on uparł się na Jeremiasza. Imię kojarzy mi 
się z prorokiem, nie wiem czy tak powinien sie nazywać, ale niezależnie jak 
Go nazwiemy, jest wyjątkowym dzieckiem, bo juz teraz zrobił wiele dobrego,chociażby przez to, że wiele osób zbliżył do Boga.
Dziękuję jeszcze raz za modlitwę i mam nadzieje, że Bóg wynagrodzi 
wszystkich potrzebnymi łaskami za modlitwę i poświęcenie. Chciałabym nadal 
uczestniczyć w naszej Grupie, aby modlitwa pomóc innym potrzebującym i przez 
to, choć troszkę odwdzięczyć się za wsparcie.

Pozdrawiam
Iwona  z Maleństwem

Grupa Patrona bł. O. Z. Strzałkowskiego. Intencja dwu Dzieł Pokutnych w Intencji: o szczęśliwe rozwiązanie dla Iwonki i o zdrowie dla jej poczętego dziecka.[Start Postu i Modlitwy 40 Dni: 09.08.A.D.2012, Koniec: 17.09.A.D.2012], [Start Postu i Modlitwy 40 Dni: 01.10.A.D.2012, Koniec: 10.11.A.D.2012]

+++

ŚWIADECTWO O I. GRUPIE DZIECIĘCEJ 

"Od 30.10. A.D.2012 Kasia otrzymuje chemioterapię. W środę rano (przed drugą dawką chemii) zrobiono tomografię. Guz wygląda na nieco wiekszy, ale lekarze powiedzieli, że widać, że guz zaczyna się rozpoadać. Co by to nie znaczyło, to brzmi dobrze. Nie ma też przerzutów do szpiku. Lekarze są zadowoleni i mówią, że Kasia jest bardzo dzielna i silna. Nie ma złych objawów i czuje się dobrze. Mam Kasi ze łzami dziękowała za modlitwę i umartwienie każdego dziecka z osobna. Nie umie wyrazić wdzięczności, ale też rozumie, że to Jedyny i Najwiekszy wyleje zdroje łask  na dobre serduszka. Pozdrawiam!"

Marysia O.

I. Grupa Dziecięca, Patron: św. Dominik Savio, Intencja: O cud uzdrowienia z nowotworu mózgu dla półtorarocznej Kasi. Start Postu i Modlitwy 40 Dni: 29.10. A.D.2012. Koniec: 07.12. A.D.2012

+++

ŚWIADECTWO MATKI

W ostatnich dniach dziewczynkom udało się w bardzo dużym stopniu obniżyć parametry respiratora. Pani doktor powiedziała, że sami się dziwią z efektów leczenia. Dodała, iż po badaniu tomograficznym można powiedzieć, że dziewczynki nie mają czym, a oddychają. Lekarze porównują ich płuca do plastra miodu. Nawet boję się cieszyć i chyba jeszcze nie umiem, bo przecież do niedawna słyszałam że moje córeczki nie mają żadnych szans na przeżycie z takimi płucami. Teraz słyszę, że jak tak dalej pójdzie, to niedługo będę mogła zabrać dziewczynki do domu. Słowa te są dla mnie takie niewiarygodne. Nadal dźwięczą mi w uszach słowa lekarza, który mówił, bym wzięła dzieci na ręce, bo lepiej, jak umrą na moich rękach niż w łóżeczku. Teraz słyszę, żebym brała dzieci na ręce, aby mogły się prawidłowo rozwijać. Sytuacja moich dzieci zmieniła się całkowicie. Dziękuję Bogu za otrzymane Łaski!

Katarzyna, 05.11. A.D.2012

XXIII Grupa. Patronka: bł. Bernardyna Maria Jabłońska Intencja: O zdrowie dla śmiertelnie chorych trzymiesięcznych bliźniaczek Gabrysi i Wiktorii oraz o uzdrowienie małżeństwa Katarzyny, które w tych trudnych chwilach przechodzi kryzys. Start Postu i Modlitwy 40 Dni: 15.10. A.D.2012, Koniec: 23.11.A.D. 2012 

+++

ŚWIADECTWO OJCA

Pragnę opowiedzieć o mojej córeczce i o mnie. Pierwszy post był za mnie i Basię. Kolejne 40 dni umartwialiśmy się za moja córkę Monikę. Podwójne świadectwo - ponieważ losy dwa. Pierwszą lekcją miłosierdzia była powolna śmierć mojej mamy. Stałem nad nią, gdy walczyła z śmiertelnym nowotworem. Pamiętam jak z trudem nabierała powietrza a wydychając szeptała słowo JEZUS. Umarła moja mama. Nie potrafiłem odnaleźć sensu życia tu na tym świecie… Lekarze zmieniali mi antydepresanty, proponowali szpitale w końcu straciłem pracę. Monika ma słuch absolutny, po szkołach muzycznych... W zeszłym roku poprosiła mnie, bo też jestem muzykiem, o wzmacniacz basowy na swój pierwszy koncert z zespołem. Załatwiłem jej wzmacniacz i pomyślałem, że przy okazji wproszę się na koncert. Było b. dużo młodych ludzi. Wszyscy mieli pomalowane twarze. Wypatrywałem mojego dziecka, ale nie mogłem rozpoznać. Poznałem natomiast instrument. Po koncercie depresja dobiła mnie jeszcze bardziej. W czerwcu Monika powiedziała, że pewnie wyleci ze szkoły i ASP. I wtedy przystąpiłem do Dzieła Pokutnego: Post i Modlitwa 40 Dni. Rozpoczął się post za mnie, Basię a później za córkę. Od tego czasu zaczęło się dziać dużo dobrych rzeczy. Przede wszystkim znikła depresja dosłownie z dnia na dzień. Wracając z Łagiewnik, już mówiłem różaniec, nie miałem ze sobą leków, bo mi się skończyły w Chorwacji. Jechałem motocyklem do Gdańska przekładając palce na kierownicy, w myślach - czasem głośno wypowiadałem: „Zdrowaś Maryjo…”. Czułem się świetnie! Postanowiłem nagrywać utwory, pisać piosenki, rozwinąć firmę. Jechaliśmy w strugach deszczu a ja widziałem wokół siebie tylko skrawki niebieskiego nieba. Zaczął się za nas post. Sierpień. W kieszeni różaniec. Monika w domu. Proszę ją, aby próbowała uratować rok. Nic jej przecież nie dadzą 2 lata studiów… Monika mówi, że ogromna rzeźba, którą robiła przez ostatnie półtora miesiąca została zniszczona przez woźnego, bo ten myślał, że praca została już odebrana przez Profesora. Mówi, że jest za słaba na te studia. Ja jej na to, że się pomodlę za nią. I wtedy opowiedziałem jej o poście… w oczach jej była wdzięczność i… Pojechała na uczelnię. Przez ponad 3 tygodnie tworzyła z gliny rzeźbę, dniami i nocami. Obroniła pracę - wróciła na uczelnię. W moim życiu tak naprawdę zmieniło się wszystko: minęła depresja, jeszcze bardziej lubię chodzić do kościoła, uwielbiam mówić mój różaniec, pracuję w dwu zespołach, nagrywam płytę, Monika utrzymała się na studiach, przyjeżdża do domu i zaczęła grać na Mszach św.!!! Potrzebuję w mej misji dalszej waszej modlitwy i postu. Zamierzam nadal walczyć o moje dziecko ale też i o jej kolegów! Wychwalajmy Miłosierdzie Pana!

Tomasz P., 26.10. A.D.2012

+++

ŚWIADECTWO O DOZNANYCH ŁASKACH W CIERPIENIU; O SZCZĘŚLIWYM PRZEBIEGU TRUDNEJ OPERACJI

Nazywam się Diana i obecnie mam 19 lat. We Wrześniu przeszłam skomplikowaną operacje całego kręgosłupa, która trwała około sześciu godzin i została określona przez lekarzy jako trudna. Gdybym się na nią nie zdecydowała po latach groziłoby mi okropne kalectwo: mogłabym nawet nie siedzieć, nie wspominając o chodzeniu. Uprzednio żaden z lekarzy nie chciał się podjąć pomocy mi.

Moja ciocia poprosiła waszą grupę postno modlitewną o objęcie mojego przypadku modlitwą. Dowiedziałam się, że modlono się za mnie, za co BARDZO dziękuje. Operacja udała się, już po tygodniu rana zagoiła się idealnie. Nie było żadnych komplikacji, problemów, powikłań. Już na drugi dzień mogłam siedzieć, a po tygodniu zrobiłam pierwszy krok. 
W chwili obecnej jestem już w domu, od operacji minęły trzy tygodnie, a ja nie muszę zażywać nawet tabletek przeciwbólowych, bo nie odczuwam żadnego bólu. Jest wspaniale! Moja postawa poprawiła się i wszystko zmierza ku dobremu. 
Całym sercem wierzę, że gdyby nie wsparcie waszej modlitwy, nie mogłabym liczyć na tak bezproblemowe zdrowienie, jakiego doświadczam. 
Bardzo dziękuje i Bóg zapłać!

Diana KK

07.10. A.D.2012

+++

ŚWIADECTWO O UZYSKANEJ ŁASCE

P. Eugenia (94 lata), była całe życie doświadczana cierpieniem, chorobą, kalectwem i trudami życia.  Zbuntowana na Pana Boga nie chciała w ogóle słyszeć o Sakramencie Pokuty i Pojednania. 27.VIII.A.D.2012, I Grupa Pokutna, Patronki św. Magdaleny, objęła ją Postem i Modlitwą 40 Dni. Pani Eugenia została powiadomiona, że 6 osób przez czterdzieści dni pokutuje w jej intencji. Pod koniec Dzieła Pokutnego, P. Eugenia sama wyraziła pragnienie Spowiedzi świętej, co więcej, usilnie prosiła o to, choć mąż jej uważał „to” za dziwactwo.

Z radością P. Eugenia przystąpiła do Grupy Cierpienia, Patrona św. Łazarza, ofiarując teraz swoje cierpienia w każdy piątek, jako wynagrodzenie za grzechy Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

Poprosiła o Kapłana w piątek, tj. 5.X. A.D.2012. Był to pierwszy piątek miesiąca i uroczystość św. Siostry Faustyny, do której prośby o jej pojednanie z Bogiem szły od wierzących przyjaciół przez wiele lat. Ten dzień był też dniem ostatnim Postu i Modlitwy 40 Dni Grupy I, w jej intencji.

Niech będzie Bóg uwielbiony i za to, że przyjął nasze wynagrodzenie, naszą ofiarę.

Animatorka.

Sakramentów świętych udzielił ks. Stanisław Witkowski MS

06.10. A.D.2012, Kraków

+++

ŚWIADECTWO O DOZNANYM CUDZIE

Jesteśmy małżeństwem już od przeszło dwu lat. Od półtora roku staraliśmy się o dziecko, lecz nie zachodziłam w ciążę. Po rozpoczęciu Postu i Modlitwy 40 Dni z Grupą „Rodzinną”, w ostatnim tygodniu Dzieła Pokutnego poczęły się bliźniaki. Dziękuję Panu Bogu za otrzymany dar z całą rodziną;

Kasia i Thomas Siemak

Kraków, 30.09.A.D.2012

+++

Z wielką radością w Panu Jezusie pragniemy Was powiadomić, że Dzieło Pokutne: Post i Modlitwa 40 Dni, 03.09 - 12.10.A.D.2012 Grupy III, Patronki - św. Faustyny,

w Intencji: o wypełnienie się Woli Bożej i potrzebne łaski w utworzeniu Dzieła: Koronki do Bożego Miłosierdzia za Konających w Godzinę Śmierci -

już zaowocowało! nawiazaniem kontaktu z Programistą który podjął się napisania  potrzebnego "Skryptu" do obsługi telefonicznej - sms - powiadamiania o Konajacym.  Za kolejne błogosławieństwo - Pan Jezus niech będzie uwielbiony!

Kraków,10.09.A.D.2012

+++

"...Niepokoił mnie nieco fakt, że mam modlić się w sobotę. Sobota to dla mnie szczególny dzień, dzień bardzo pracowity, przygotowanie domu na niedzielę. Staram się, aby wszystko było idealnie, porządki, gotowanie, pieczenie ciasta, a dziewczynki choć chętne do pomocy, bardziej przeszkadzają niż pomagają. Obawiałam się, że odmawianie sobie czegoś słodkiego właśnie w sobotę, będzie szczególnie trudne. I nie myliłam się. Pierwsza refleksja jaka mi się nasuwa, to dążność Złego do atakowania mojej pamięci. Jestem w wieku już prawie matronalnym, ale skleroza czy jakieś inne ubytki w tym względzie, jeszcze mnie dręczą. A w każdą sobotę uświadamiam sobie, że zapominam, że jest sobota. Przychodzi jednak zawsze silny impuls przypomnienia. To tak, jakby ktoś uderzył mnie w czoło, "obudź się!". Zaczynam się gorączkowo zastanawiać czy już czegoś słodkiego nie zjadłam. Znam siebie i wiem, że nawet nieświadome złamanie postanowienia skutkowałoby spadkiem mojej gorliwości i chęcią wycofania się ze spawy. Drugą sprawą, jest szczególne w tym dniu poczucie bycia atakowaną. Jestem niewolnicą swojego brzucha. Ta świadomość napełnia mnie gniewem i goryczą. Nie chcę, aby ktokolwiek ani cokolwiek poza Jezusem rzucało mnie na kolana. A jednak tak jest. Jedzenie, smakowanie, planowanie co zrobię na obiad a szczegolnie na deser to wielka przyjemność. Ten mój swoisty, prywatny epikureizm sprawia, że odczuwam ze smutkiem, jak bardzo długa czeka mnie droga. Wszystko wtedy we mnie krzyczy o coś słodkiego... Ponad tym wszystkim jednak góruje doświadczenie radości. Radości różnorakiej w odcieniach i natężeniu, ale za każdym razem niezwykłej. Jestem obdarowywana z hojnością na którą stać tylko Jezusa.  Ja Mu daję biedny, żałosny, miedziany pieniążek mojej modlitwy i trudu a On... On daje wszystko, daje Uczucie (wcale się nie pomyliłam, chcę to pisać z dużej litery) Uczucie bliskości, wręcz fizycznej, takiej na wyciągnięcie ręki, szczęścia, które oszałamia a które musi być przecież tylko zapowiedzią rzeczy przyszłych, których moje serce nie jest w stanie pomieścić. Więc MUSZĘ dostać nowe serce, według Jego obietnicy. Otrzymuję jeden Boży prezent za drugim z rosnącym przeświadczeniem, że nie zdołam się wywdzięczyć. I pamietam o tym, o czym kiedyś mi mówiłeś, że ta radość jest jak ziarenko piasku u wrót pustyni... " 

Aleksandra 7474, 
Kraków, 09.07.A.D.2012

***

   

Modlitewnik  

Jeżeli jesteś zainteresowana/y zakupem modlitewnika wybierz formę zapłaty:
1. wpłata na konto Fundacji (48 1050 1445 1000 0090 3053 0498) plus koszta wysyłki
2. za pobraniem plus koszta wysyłki
i zadzwoń na 880 503 549
   

Motto ARKi  

Na chwałę Bożego Miłosierdzia i na ratunek wszystkich dusz!

   

Menu Straż  

   

IMG_3020.JPG

Przyjmowanie zgłoszeń - telefonicznie
do Koordynatora:

Pani Teresa,
tel. 603 135 925

Pani Helena,
tel. 513 173 399

   
© Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach